„Niech żyją ptaki i niech ożywa ludzka wrażliwość!”

Zenon Kruczyński

Zenon Kruczyński fot. Adam Ławnik

— Swoją książką „Farba znaczy krew” wydaną w 2008 roku rozpętał pan niezłą burzę, która wciąż trwa. Temat myślistwa, czy może szerzej- zabijania zwierząt, co jakiś czas powraca w dyskusjach.

— To fakt, wtedy było sporo hejtu. Teraz już jest o wiele spokojniej.

— Był pan zapalonym myśliwym przez wiele lat. Aż do pewnego dnia. Może pan opowiedzieć co się wtedy wydarzyło?

— Stałem przy łanie zielonego owsa i patrzyłem na sarny. Nagle pojawiły się dwa psy i rzuciły się za sarnami w pogoń. Odruchowo sięgnąłem po sztucer i strzeliłem. Nie zabiłem tego psa na miejscu. Wraz z tym właśnie strzałem i śmiercią którą zadałem, rozpadła się we mnie pewna konstrukcja, nazwałbym ją: „myśliwska”, którą budowałem w dotychczasowym życiu. Wszystko posypało się w pył w jednym momencie.

— Dlaczego tak poruszyła pana śmierć psa, skoro wcześniej zabijał pan sarny, dziki, ptaki?

— Nie wiem. Wtedy pierwszy raz w życiu uśmierciłem psa. To był wgląd, coś, co zmieniło całą percepcję. Naturę wglądu doskonale opisała we wstępie do „Farby” Olga Tokarczuk. Po wglądzie nie ma powrotu do węższej, poprzedniej świadomości. To radykalna zmiana. Było jasne: więcej nie będę zabijał.

— W dzieciństwie był pan wrażliwy, doceniał piękno przyrody. Nie kłóciło się to ze strzeleniem do zwierząt podczas polowań?

— Myślę, że wątpliwości od czasu do czasu ma większość polujących. Zabijanie jest drastyczne. Nie można posunąć się dalej na skali przemocy. Nierzadko bywa tak, że skrajnej przemocy towarzyszy skrajne okrucieństwo. Dzieje się to w tych momentach, gdy ściga się ranne zwierzę, a ono próbuje się ratować. Zabić ranne zwierzę jest bardzo trudno, bo ono robi wszystko, by przeżyć.. Nawet jeśli jest zranione śmiertelnie, trzeba do niego podejść: zobaczyć jelita na wierzchu, albo wyłupione oko i posłać, jak to nazywają myśliwi, „strzał łaski”. Myślę, że wielu myśliwych wtedy cierpi, pojawia się pytanie: „Co ja narobiłem?” Bo na przykład z przyszłej dziczej matki wyciąga się pęcherz z sześcioma wykształconymi płodami. Rozcina się jej brzuch. Krew miesza się z mlekiem i robi się różowa. Jeżeli prowadziła młode które karmiła – pewnie umrą z głodu. W innych sytuacjach pytałem sam siebie: jak mogłeś tak źle trafić, że odstrzeliłeś jeleniowi tylną nogę i ucieka na trzech? A byk może tak uciekać naprawdę daleko. Trzeba go dopaść i dobić. Gdy się zabija, przydarza się wszystko drastyczne to, czego zabijający nie chciałby nigdy oglądać. Tak jest i być musi, gdy się postanawia zabijać.

— A co z celnymi, śmiertelnymi trafieniami?

— Nie ma tak zwanego „czystego zabijania”. To zawsze jest pełne wierzgania, krwi i płynów fizjologicznych. Tak wygląda śmierć. Nie jest tak jak w grze na ekranie komputera, że pada strzał i zwierzę gaśnie jak zdmuchnięta świeczka. „Humanitarne zabijanie” nie może się zdarzyć, to sprzeczność.

— Co pan czuł podczas takich polowań?

— Gdy chce się zabić, cała energia, ciało i zmysły są skupione jak laser. Wszystko jest nastawione na jedno” „Zabić!”. I pociąga się za spust, jest odrzut, tak zwane „kopnięcie”, w lunecie widać co kula zrobiła. Diametralnie inna jest postawa zwana: „Humanitarną” Zachowuję się humanitarnie – czyli opiekuję się, współodczuwam, mam ciepłe serce. Nie widzę możliwości przeżywania tych dwóch rzeczy jednocześnie. Nie da się „zabić humanitarnie”. Albo zabijam, albo postępuję humanitarnie – tak wygląda ten bardzo prosty wybór.

— To jak sobie pan radził z moralnymi rozterkami?

— Jako ludzie mamy pewną możliwość zaczarowywania siebie. Wierzyłem w myśliwskie koronne argumenty o konieczności dokarmiania, braku drapieżników i konieczności „regulowania” ilości zwierzyny czy też o tzw. szkodach łowieckich. To są argumenty, które umożliwiają zabijanie jeżeli przyjmie się, że są prawdziwe. Nie są – są mitem. Proszę zwrócić uwagę na to, że w etyce łowieckiej w ogóle nie pojawia się fundamentalny problem: „Czy wolno mi zabić?” W tych zasadach zwanych etyką łowiecką, znajdziemy tylko wskazówki: „jak zabić”. Podstawowy problem moralny dotyczący prawa do odbierania życia – nie pojawia się w ogóle.
— Pan polował wiele lat i nagle przestał. Było łatwo?

— Pewnych wspomnień nie da się wymazać. Przechodziłem okres retrospekcji, przygnębienia, smutku, także przestraszenia samym sobą. Częścią mojego życia było to, co było.

— Większość ludzi kupuje i je mięso. Może jednak polowanie to bardziej humanitarny sposób na jego pozyskanie niż chów przemysłowy?

— Wystarczy popatrzeć na to zdroworozsądkowo. W Polsce ludzie spożywają dużo mięsa, bo około 85 kg na osobę rocznie. Jeśli policzymy ile w tym jest spożywanej dziczyzny i to nawet licząc zwierzęta dzikie hodowane na rzeź, to jest to 26 dkg takiego mięsa rocznie. To jeden kotlet rocznie. W bilansie zywieniowym jest to rola tak mała, że aż pomijalna. Myślistwo spełniło już swoją rolę zywieniową w historii ludzkości. Dzikie zwierzęta, cieszą nas swoją obecnością. To wspaniałe zobaczyć sarnę, dzika czy łosia. Te spotkania są poruszające, wspaniale się po takim spotkaniu czujemy. Zwierzęta w stanie dzikim są własnością skarbu państwa, czyli pośrednio nas wszystkich. Możliwość ich zabijania i zjadania ma 0,3 procent naszego społeczeństwa. Pozostali, 99,7% nie mają do tego żadnego dostępu. To jest jedzenie elitarne, przypomina słynne ośmiorniczki. Pojawia się pytanie: z jakiego powodu ta nikła część społeczeństwa jest tak wysoko uprzywilejowana? To jest prywatne hobby, myśliwi zabijają przez nikogo nie przymuszeni, wręcz ochoczo. Dlaczego ta grupa ludzi ma być tak niebywale uprzywilejowana? Dodajmy, że myśliwi to jedyna grupa społeczna która może w otwartej przestrzeni oddawać dowolną ilość strzałów. Gdy oddaje się miliony strzałów, wydarza się różne straszności. Potem czytamy o tym i oglądamy w mediach.

— Zadarł pan z silną grupą.

— Niedawno spotkałem w lesie myśliwych. Trochę udawali, że nie wiedzą kim jestem, może jednak jednak wiedzieli (śmiech). Nawet porozmawialiśmy chwilę uprzejmie. Mieszkam na skraju Puszczy Białowieskiej i mam zawsze uchylone okna. Mniej więcej 100 metrów od mojego domu ktoś zabija w nocy dziki.. To jest oburzające, że wolno to robić tak blisko domów. W sierpniu dziki przychodziły do mnie na mirabelki i ktoś je zabijał. Słyszałem przeraźliwe kwiczenie rannego dzika. W nocy huk wystrzałów podrywał nas z łóżka. Uważam, że to łamanie miru domowego, coś, co nie powinno się zdarzać.

— Może trzeba zmienić zasady, które regulują polowanie przy gospodarstwach domowych?

— Mam w sobie niezgodę na takie sytuacje. Dzwoni do mnie sąsiadka, która jest przerażona, bo znowu ktoś strzelał przy jej domu. Boi się po zmroku wyjść przed próg, ona mieszka sama. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie odległości 500 metrów od zabudowań. Myśliwy bierze na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo, ale wypadki i tak się zdarzają, także śmiertelne. Polana Białowieska przylega bezpośrednio do wsi, okresowo jest tam bardzo wielu turystów.. Na polanie stoją cztery myśliwskie ambony. Dość ciekawe jest to, że można tam znaleźć butelki po gorzałce, po piwie, ogóreczki w słoiku, kieliszki. Takie, wyglądające na standardowe, hm…, wyposażenie (śmiech). Przepisy mówią, że człowiek pod wpływem alkoholu nie ma prawa używać broni. To martwe prawo.

— W internecie uaktywniły się ostatnio grupy, które dokumentują i ujawniają okrucieństwo myśliwych. Są tam filmy z norowania, czyli zabijania małych lisków, jeleni krojonych żywcem… To poruszyłoby każdego. Myśli pan, że to dobry pomysł?

— Myślę, że to jedna z dróg żeby pokazywać czym jest współcześnie myślistwo. A jest również i tym. Warto robić wszystko, żeby to zjawisko było w odwrocie. Chciałbym, żeby ludzie częściej zadawali sobie ważne pytania o sens i potrzebę zabijania dzikich zwierząt dla hobby. Może zadawać też pytania o to, jak się czuję w obecności kogoś, kto ma tak specyficzne upodobania?Jak można nie zauważać skrajnego cierpienia i ran, które się zadaje?.

— Pan nie widział?

— Te wszystkie jelita, urwane nogi są nie do zapomnienia. W tamtym okresie życia jakoś potrafiłem sobie „wytłumaczyć”. Robiłem przerwy od polowania, zajmowałem się pracą, remontem w domu, spotykałem ze znajomymi. Aby po tym wszystkim pojechać na polowanie i zastrzelić w sposób zwany „humanitarnym”. Wtedy wcześniejsze koszmary odchodziły w niepamięć.

— Czyli były chwile, kiedy nie myślał pan o polowaniach?

— Myśli się o tym cały czas. Jeśli jest się zaciętym myśliwym, a takich jest wielu — to jest numer jeden w życiu. Dlatego polowania mają tak wiele elementów nałogu, uzależniają. Całe to zabijanie i otoczka wokół: wyjazd na polowanie, więź z kolegami którzy robią to samo – dają ogromną adrenaliną. Dlatego jest to tak ekscytujące. Gdyby zabijanie było nudne, nie dałoby się ciągle tego robić.

— W książce mówi pan, że wielu myśliwych na początku zabija coraz więcej zwierząt, a potem przechodzi na wyższy poziom i zaczyna polowania na te coraz bardziej egzotyczne, o ile są na to pieniądze. To też adrenalina?

— To jest bardziej złożone. W ten sposób można też pompować swoje myśliwskie ego. Można pochwalić się egzotycznym trofeum. To iluzoryczny pokaz męstwa.

— Pan też się czuł bardzo męsko, gdy upolował jelenia podczas rykowiska?

Tak myślałem, że jestem taki męski, bo zastrzeliłem jakiegoś biednego ryczącego jelenia, który w czasie godów zachowuje się jak głupek.

— Głupek?

— Oczywiście. Jeleń w tym czasie jest ślepy i głuchy. Łatwo go podejść. Z kilkudziesięciu metrów można bez trudu wpakować mu kulę w serce. Jest coś takiego w polowaniu na samce, mówię tu zwłaszcza o jeleniach i dużych odyńcach, że gdy chodzi się za takim zwierzęciem czuje się znacznie silniejsze emocje niż na zwykłym polowaniu. Ma to chyba związek z męską seksualnością. Psychologowie zajmujący się męskością mówią, że zbijając samca, pięknego, wielkiego, zyskuję symboliczne prawo do wszystkich samic. Może w tym coś być. Zabijanie samca to creme de la creme myślistwa.

— Jak pana rodzina znosiła pana pasję do strzelania do zwierząt?

— Kiedyś podczas polowania znajomy myśliwy zapytał mnie, co bym zrobił, gdyby żona kazała mi wybierać: „myślistwo albo ja”. Nie pamiętam już co odpowiedziałem, ale zupełnie nie mogłem sobie wyobrazić życia tylko z żoną i dziećmi, ale bez polowań. Takiej opcji nie brałem pod uwagę, bo myślałem, że bez polowania to ja zwyczajnie umrę. Wewnętrznie wybrałem polowanie. Jednak w ukryciu wstydziłem siętej reakcji, bo przecież kochałem moją rodzinę! Dużo o tym myślałem, gdy już przestałem polować. Stąd wniosek o tym, jak głęboko sięga ta specyficzna potrzeba. Nałogi są podobne do siebie. Percepcja osoby uzależnionej zawęża się do obiektu nałogu. Reszta rzeczywistości jest jak siwa mgła. Dziś trzymam się tego, że zabić miałbym prawo tylko wtedy, gdybym był bezwzględnie głodny a moje dzieci zagrożone głodem. Sam nie wiem, jaką dziś decyzję bym podjął, czy zabiłbym, czy umarł. Mam nadzieję, że nigdy w życiu nie będę dokonywał takich wyborów. Jeżeli jestem głodny – mam prawo jeść. Ale czy współcześnie jesteśmy głodni, Czy mamy za mało jedzenia?

Zenon Kruczyński, autor książki „Farba znaczy krew”. Publicysta i aktywista ekologiczny, działacz na rzecz praw zwierząt.

http://gazetaolsztynska.pl/348108,Przez-wiele-lat-byl-mysliwym-Pewnego-dnia-przeszedl-na-druga-strone.html