„Niech żyją ptaki i niech ożywa ludzka wrażliwość!”

Zenon Kruczyński

Warto przeczytać

Polecamy książki

„Farba znaczy krew” Zenon Kruczyński

„Polowaneczko” Tomasz Matkowski

„Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olga Tokarczuk

Artykuły prasowe na temat polowań

‘Ziemia krwi i przemocy’
http://interia360.pl/artykul/ziemia-krwi-i-przemocy,2721

‘Polują i trują’
http://wyborcza.pl/1,87710,9425400,Poluja_i_truja.html

‘Ukryta żądza zabijania’
 http://interia360.pl/artykul/ukryta-zadza-zabijania,53989

‘Mięsarze’
http://plamkamazurka.blox.pl/tagi_b/69124/miesarze.html

‘Rykowisko dla jeleni, nie dla myśliwych’:
http://www.przekroj.pl/artykul/935914.html

‘Ludzie i zwierzęta. Myślistwo – nie”
http://srodowisko.ekologia.pl/przyroda/Ludzie-i-zwierzeta-

Myslistwo-nie,12638.html

‘Rzecz o myślistwie’
http://srodowisko.ekologia.pl/przyroda/Rzecz-o-myslistwie,11238.html

Współczesne myślistwo w Polsce – Raport subiektywny:
http://pracownia.org.pl/dzikie-zycie-numery-archiwalne,2292,article,5172

Polowania a Parki Narodowe:
http://pracownia.org.pl/dzikie-zycie-numery-archiwalne,2124
http://pracownia.org.pl/dzikie-zycie-numery-archiwalne,2120,article,2498

‘Przemyśleć tradycję’ – wątpliwości samych myśliwych:
http://www.braclowiecka.net.pl/temp/Przemyslec_

tradycje-f95b6.pdf

Wystąpienie Generalnego Inspektora Ochrony Środowiska do Polskiego Związku Łowieckiego w sprawie strzelania do gatunków chronionych:

http://www.koo.org.pl/attachments/article/103/GDOS_

strzelanie.pdf

Polowanie na dzikie ptaki

Polowaczka – czyli poradnik myśliwych, jak polować na kaczki:
http://polowaczka.com/archiw/polowaczka1/3strona/3strona.html

Śmiertelność ptaków, w tym chronionych, w wyniku polowań:
www.mto-kr.pl/dmdocuments/Wiehle_D_2007_Smiertelnosc_ptakow_

na_stawach_rybnych.pdf

Rzecznik Polskiego Związku Łowieckiego o tym jak trudno jest odróżnić gatunki łowne od chronionych:
http://www.poluje.pl/polowanie,polowanie-na-dzikie-kaczki-

8211-ruszyl-sezon,9561

Nielegalne metody wabienia ptaków przez myśliwych:
http://www.birdwatching.pl/wiadomosci/24/art/372

Ołów w środowisku

Raport (jęz. ang.): Zatrucie ołowiem ptaków w Europie:
https://www.peregrinefund.org/subsites/conference-lead/PDF/

0107%20Mateo.pdf

‘Ołów zabija’ – broszura WWT (jęz. ang.):
http://www.wwt.org.uk/uploads/documents/1335368103_

2629BigIssue.pdf

‘Zatrucie ołowiem dzikich ptaków’ (jęz. ang.)
http://www.wwt.org.uk/issues/

Raport: Krajowy bilans emisji metali ciężkich:
http://www.kobize.pl/materialy/Inwentaryzacje_krajowe/2012/

Raport_LRTAP_2010.pdf

Raport (jęz. ang.): Zatrucie ołowiem ptaków w Europie:
https://www.peregrinefund.org/subsites/conference-lead/PDF/

0107%20Mateo.pdf

Polowanie na pisklęta

W dniu 15 sierpnia, rozpoczyna się sezon łowiecki między innymi na kaczki krzyżówki, czernice, głowienki i łyski. Tymczasem na wielu jeziorach i stawach ptaki te wodzą jeszcze nielotne młode. Rozpoczynanie polowań w okresie wychowu młodych jest jednoznacznie sprzeczne z prawem unijnym.

W artykule 7 ustęp 4 dyrektywy ptasiej czytamy: „Państwa Członkowskie sprawdzają w szczególności, czy na gatunki, do których stosuje się prawo łowieckie, nie są organizowane polowania w okresie wychowu młodych ani w czasie trwania poszczególnych faz reprodukcji”. W art. 5 lit. d dyrektywa zakazuje umyślnego płoszenia ptaków, szczególnie w okresie lęgowym, jeśli może to zaszkodzić ich ochronie.
Wystarczy wybrać się w tym okresie roku nad najbliższy zbiornik wodny, a mamy duże szanse zobaczyć wodne ptaki z różnych gatunków wodzące młode. Poza łyskami i łownymi gatunkami kaczek dotyczy to także chronionych łabędzi, perkozów… niektóre rybitwy siedzą wręcz jeszcze na jajach, wysiadując powtórzone lęgi. Nie jest to wydarzenie wyjątkowe czy marginalne, jak próbują argumentować niektórzy myśliwi. Jest to obecnie zjawisko powszechne, występujące co roku na terenie całej Polski.

W Polskich warunkach okres wychowu młodych u kaczek (zwłaszcza z gatunków nurkujących) i łysek kończy się dopiero w połowie września, a na zbiornikach, na których gniazdują rybitwy, polowania nie powinny się zaczynać przed październikiem. Choć do rybitw się nie strzela, pies myśliwski aportujący upolowaną kaczkę przez środek kolonii tych ptaków może spowodować rozproszenie wielu rodzin i upadki piskląt.
Postulat dostosowania terminów polowań do prawa wspólnotowego i okresów rozrodczych poszczególnych gatunków ptaków jest od lat podnoszony przez przyrodników. Letnie polowania na kaczki w okresie, gdy część z nich wciąż wodzi młode, sprawia jednak, że nasze prawo łowieckie jest wciąż uważane za nieetyczne i sprzeczne z przyjętymi w Europie regulacjami.

A. Kepel – fragment artykułu z 2009r, Magazyn Przyrodniczy SALAMANDRA nr 2/2009.

 

Polacy! Nie w gęsi!

Arkadiusz Szaraniec
fot. Adriana Bogdanowska

Niektóre z porzekadeł z uporem od wieków powtarzają wierutne bzdury. Jakże trudno się zgodzić na określenie „głupi jak gęś”. Przecież to bardzo mądre ptaki!
Nie tylko te dzikie, czyli można rzec – prawdziwe gęsi. Także te domowe, które choć utraciły zdolność lotu (lecz nie do cna), to zachowały jednak wiele ze swoich naturalnych instynktów i zdolności.
Dzięki tym ptasim móżdżkom głupie domowe gęsi uratowały kiedyś Rzym, a dzikie gęgawy… dostały Nagrodę Nobla. To znaczy odebrał ją wybitny naukowiec Konrad Lorenz, ale za pracę naukową wykonaną na podstawie wieloletniej obserwacji zachowań tych ptaków.
On po prostu opisał codzienne życie dużej rodziny zwyczajnych szarych gęgaw – i to kilkunastu generacji. I był niezwykle zaskoczony siłą więzi uczuciowych  oraz wielością relacji, jakie łączą wszystkich członków tej gęsiej rodziny. Nie tylko rodziców i dzieci, ale także dalszych krewnych, nawet dalekich kuzynów i powinowatych. Lata mijały, a dzięki temu naukowiec obserwował coraz to nowe pisklęta, które dorastały na jego oczach, potem wykluwały im się dzieci, wnuki i prawnuki. Gęsi są bardzo troskliwymi rodzicami.
Opowieści Lorenza, czytane wiele lat temu, ożyły we mnie natychmiast kiedy zobaczyłem serię zdjęć Ady Bogdanowskiej z „Salamandry”. Ot, scenki z życia typowej gęsiej rodziny jakich setki tysięcy. Idylla. Maluchy, jeszcze pokryte puchem dokazują, czubią się między sobą, a matka obserwuje ich psoty. Jak dorosną, będą wyglądać jak kopie rodziców, ale pozostaną w pobliżu, będą stale razem.
Każdy z ptaków miał zdaniem Konrada Lorenza kompletnie inną osobowość (i to widać jak na dłoni także na zdjęciach Ady). Wciąż dzikie gęsi, dalej żyjąc jak inne gęgawy, traktowały człowieka jako członka stada. I zaakceptowały nawet jego brak umiejętności lotu. Dzięki temu naukowiec mógł się rozkoszować iście czarodziejską mocą – na jego zew klucz dzikich gęsi płynący po niebie przerywał lot i efektowną spiralą lądował prosto u jego stóp! I wtedy następowało długie powitanie, pełne radości.
Inni jednak ściągają je na ziemię śrutem. Dla nich to mięso pokryte szarym pierzem, które należy oskubać.
Tymczasem odejście każdego członka rodziny jest dla dzikich gęsi wielką niepowetowaną stratą. Jak się muszą czuć, kiedy są celem kanonady, kiedy miotają się we wszystkie strony w przerażeniu, widzą jak giną ich bliscy, słyszą ich głosy, kiedy spadają ranne (bo rzadko który ptak ginie od razu przy postrzale)? A tam, w pełni świadome i bezradne leżą i czekają na swój koniec. Nie uciekną przed psem, który je aportuje jeszcze żywe. I potem wreszcie – CHRUP! następuje miłosierne skręcenie głowy.

 

Smutny los głupiej gęsi

Marcin Siuchno

Z pewnością nieraz zdarzyło nam się nazwać kogoś głupią gęsią lub przeczytać o bohaterce, która autor określił jako wyjątkowo głupią gąskę. Osoba taka zasłużyła na to porównanie zazwyczaj przez swoją naiwność, głupotę lub nieporadność życiową. Skąd jednak porównanie do gęsi? Czy rzeczywiście ptak ten jest aż tak głupiutki?
Nic bardziej mylnego!

Gęsi są nie tylko niezwykle inteligentne, ale również niesamowicie podobne do Nas. Bo trudno odmówić tego podobieństwa stworzeniu, które po stracie  partnera popada w widoczną żałobę. Jak można nazywać głupim ptaka, który – zanim założy stały związek – praktykuje kilkuletnie narzeczeństwo, podczas którego partnerzy poznają się w różnych, nieraz trudnych sytuacjach? Migrują razem, a czasem na próbę zakładają gniazda, w których nie pojawiają się lęgi. I w końcu te głupie gęsi wybierają swych partnerów tak jak My – preferując podobne cechy charakteru i tak jak My, szukają podobieństwa do własnych rodziców. Głupiej gęsi tak jak Nam, zdarza się zdrada, separacja, ale też chwile szczęścia, gdy wdowcom uda się znaleźć drugą połowę lub też gdy zdradzeni kochankowie wybaczają sobie, tworząc na nowo rodzinę.
Prócz wielkiego przywiązania do partnera, głupia gęś pomaga innym głupim gęsiom. Podczas wędrówek młodzież uczy się od doświadczonych dorosłych, gdzie można bezpiecznie się najeść, gdzie odpocząć, a gdzie przeczekać niekorzystną pogodę. Wśród migrujących stad zawiązują się przyjaźnie, rozpalają się pierwsze miłości, a kłótnie wybuchają często z takich samych błahych powodów jak wśród ludzi.
Wszystko to jednak nie ma wpływu na to, jak zorganizowane jest  stado. Lecący, wiosenny bądź jesienny, klucz ptaków ma zawsze taki sam szyk. Pierwszy, prowadzący ptak wykonuje najcięższą pracę. Kolejne, korzystając z utworzonego tunelu męczą się mniej, a im dalej od czoła klucza tym bardziej praca włożona w lot maleje. Dlatego ptaki co jakiś czas zmieniają się na pozycji przewodnika, a ptaki młode, słabsze lub chore pozostają zawsze na końcu klucza. Ta ptasia solidarność obowiązuje również wtedy, gdy stado odpoczywa bądź żeruje. Bez względu na to, jak bardzo ptaki są głodne i zmęczone, zawsze nad bezpieczeństwem stada czuwa kilku strażników, gotowych do podniesienia alarmu, gdy tylko zauważą niebezpieczeństwo. Inteligencja, wiedza i solidarność głupich gęsi bardzo im się przydaje podczas długich, niebezpiecznych migracji.
Wiosenne stada gęsi ciągnące nad naszymi domami dodają nam skrzydeł, zwiastując rychłą wiosnę, a jesienny odlot wprawia nas w nostalgię, przypominając, iż niebawem nadejdzie zima. Dla niektórych to bodziec do refleksji nad mijającym, kolejnym rokiem życia. Ta nostalgicznie postrzegana przez nas wędrówka dla gęsi jest ogromnym wysiłkiem i niebagatelnym wyzwaniem. Opuszczając lęgowiska na dalekiej północy, muszą stawić czoła złej pogodzie, wielkim odległościom, własnemu zmęczeniu i głodowi. I jakby tego było mało, dochodzą coraz to nowe przeszkody tworzone przez człowieka. Bo wraz z osuszaniem mokradeł giną miejsca bezpiecznego żerowania i odpoczynku. A tam, gdzie są jeszcze takie ostoje i gęsi mogą spokojnie odpocząć pojawiają się myśliwi….

Czekają na gęsi przelatujące przez nasz kraj. Choć większość miejsc, w których ptaki się gromadzą zostało objętych ochroną,  muszą je one i tak codziennie opuszczać w poszukiwaniu pożywienia. Wówczas, kiedy tylko znajdą się nad granicą obszaru chronionego – strzela się do nich. Ptaki wylatują i wracają o tych samych porach dniach, są więc bardzo łatwą ofiarą. I choć wiedzą, że czeka na nie niebezpieczeństwo, nie mają wyboru. Głód i zmęczenie są silniejsze od zdrowego rozsądku. Gęsi pamiętają, gdzie czeka na nie śmierć, starają się w tych miejscach lecieć wyżej, jednak w starciu z nowoczesną strzelbą to często za mało.
Czekanie na zwierzęta, które wychodzą poza obszary chronione, aby do nich strzelać, jest niemoralną i obrzydliwą praktyką.
Dlaczego więc wciąż na to pozwalamy? Dlaczego wciąż strzela się do gęsi na granicy obszarów chronionych?  Tłumaczenie takich działań wiekową tradycją jest co najmniej śmieszne. Wiekowa tradycja brała się z biedy, a gęsi i inne migrujące ptaki wodne dawały pewne źródło pożywienia. Choć na świecie wciąż są miejsca gdzie oczekuje się migrujących ptaków, których przybycie odsuwa widmo głodu, to Polska, kraj w którym na fermach hoduje się setki tysięcy ptaków, zdecydowanie do takich miejsc nie należy.  W przypadku gęsi często słyszymy, iż jest ich dużo i wyrządzają szkody. Choć co roku przez nasz kraj przelatują setki tysięcy gęsi białoczelnych, zbożowych i gęgaw, to w przytłaczającej większości są to ptaki pozostające u nas zaledwie kilka dni. Strzelając do nich nie mamy żadnego wpływu na zmniejszenie strat na polach. Bo kolejne stada migrujących ptaków i tak przylecą, żeby się najeść i odpocząć. Czy to kwestia przyjemności? Może dlatego, że gęsi są głupie? Wiemy już, że tak nie jest.
Dlaczego więc co roku w dalszą podróż z naszego kraju ruszają – pogrążane w żałobie po stracie partnerów, bliskich lub przyjaciół – setki tysięcy gęsi? Dlaczego głupie gęsi, choć nie są głupie maja taki smutny los?

 

Jesienne ptaki

Jesienne ptaki na niebie

Noce są już zimniejsze, na bukowych stokach kolory jesieni, a w lasach zapach grzybów. Jesień. Patrzę na klucze gęsi i żurawi, lecące od północy. Gdy wieje silny wiatr i chmury są nisko, pada deszcz albo jest mglisto, jak to jesienią bywa, gęsi lecą niżej i widać je jak na dłoni.
W taką pogodę gęś prowadząca klucz ani na moment nie przestaje ciężko pracować skrzydłami. Inne ptaki w kluczu od czasu do czasu przez chwilkę szybują z rozpostartymi skrzydłami i wtedy mogą przez kilka sekund odpocząć – przewodnik bez żadnej chwili przerwy rozcina powietrze. Ten dzielny ptak toruje drogę i wyznacza kierunek, czasami kluczy omijając silne prądy powietrza. On może więcej – właśnie dlatego jest Przewodnikiem rodzinnego stada. Niekiedy silny wir targnie całym kluczem, przez chwilę leci bezładne stado i… znowu kształtuje się piękna forma przecinająca niebo. Słychać ich głosy, jakoś tęskne, nostalgiczne… Dobrze, że one nie wiedzą, co ludzie potrafią zrobić ptakom, że nie wiedzą, co je czeka. Żal mi ich.

Śrucina na niebie
Podążając na swoje odwieczne zimowiska, po całym dniu lotu, gęsi wieczorami muszą zapaść na odpoczynek. Gdy zniżą lot, będą rozstrzeliwane ze śrutu. Gdy minie noc, o brzasku, gdy będą zrywały się do lotu, do dalszej drogi, znowu będą w zasięgu skutecznego, śmiertelnego strzału (do 40 m) i znowu będą masakrowane.
Bardzo często myśliwi strzelają ze zbyt dużej odległości, ponieważ gęś to duży ptak i przez to strzelcowi wydaje się, że jest bliżej niż w rzeczywistości. Najczęstszym skutkiem zbyt dalekich strzałów jest zranienie ptaka. Pospolitym zjawiskiem jest to, że jeden mniej wprawny myśliwy jest w stanie wystrzelać połowę zapasu amunicji, zanim strzał skutecznie trafi ptaka odpowiednią ilością śrucin i śmiertelnie złamie się on w locie tuż po strzale. Stąd popularne wśród myśliwych jest powiedzonko: „jedna paczka – jedna kaczka”. W słowie „paczka” chodzi o amunicję – 25 sztuk śrutowych nabojów. Bywa też, że jedna śrucina trafi w kość skrzydła – wtedy żywy ptak ze strzaskanym skrzydłem spada na ziemię lub na wodę. Jeżeli się go odnajdzie, co nie jest pewne, gdyż ptak zrobi wszystko, by się ukryć – trzeba go dobić. Gdy jest pies – zagryzie ciężko rannego ptaka zębami. Gdy nie ma psa, ptaka dobija strzelec. Myśliwi w fachowej rozmowie na swoim forum dzielą się wiedzą (pisownia oryginalna) na ten temat:

Autor: Desperado.  godzina: 16:10
predator Czaszka ptaków nie ma klasycznej potylicy tylko kłykieć potyliczny. Dzięki takiej budowie ptak może skręcać głowę o 180 stopni. Połączenie takie jest bardzo delikatne. Ptaki dobija się pociągając albo skręcając łebek w celu zerwania właśnie tego połączenia. Dawniej, w szczególności kuropatwy, gołębie i inne małe ptaki dobijało się uderzając łebkiem ptaka o obcas buta. Kwiczoły i paszkoty nie mogły być troczone bo ich połączenie szyi z łebkiem było tak delikatne że każda próba zawieszenia ptaka na trokach kończyła się oderwaniem od głowy reszty ciała i po prostu zgubieniem pozyskanego trofeum. (…)

Autor: kurzel  godzina: 16:13
potylycię można jeszcze przekłuć piórem – wówóczas przerywa się rdzeń. zdrówko

Autor: Desperado.  godzina: 16:30
Teoretycznie można, tylko o wiele szybciej i skuteczniej sprawę się załatwia poprzez skręcenie ptakowi łebka.

Autor: czarny predator  godzina: 16:55
Desperado Gdy przeczytałem Twój post to zwątpiem… Co do drobniejszych ptaszków – zgadzam się z Tobą… Byłem jednak światkiem hm… nazwijmy to nieestetycznych rękoczynów Kolegi w stosunko do zbarczonej gęgawy zaaportowanej przez wajmara… który troszkę ją wymemłał zanim oddał swemy panu… nie będę opisywał szczegółów… wreszcie na moją WYRAŹNĄ prośbę gęś została skłuta w „potylicę – czyli tył głowy”… do czynności tej idealnie nadaje się rymarskie szydło – szybko, pewnie i bezgłośnie… (…)
Autor: Jenot  godzina: 17:52
Ja nie wiem jak myśliwi uśmiercają zbarczone ptaki. Nie miałem „przyjemności” widzieć. Zbyt krótko poluję. Mogę sobie jedynie wyobrazić ( sądząc z opisów ) że ta czynności wymaga WPRAWY i ZNAJOMOSCI FACHU…..!!! Pozdrawiam DB
Autor: Desperado.  godzina: 20:24
Żeby była jasność. Nikogo nie potępiam, za to że idąc na ptactwo zabiera ze sobą szydło rymarskie. Potępiam tego kto postrzelonemu ptakowi zadaje dodatkowy stres i cierpienie starając się go nieudolnie dobić. I tyle. (…)

Myśliwy jakoś tego rannego, szarpiącego się ptaka przytrzymuje, ze skrzydła wystaje strzaskana, skrwawiona kość i… rymarskie szydło wbija mu w głowę, w mózg. A potem strzela dalej i… musi żyć z tym, co zrobił. „Pudło” w języku myśliwskim oznacza tylko tyle, że ptak po strzale nie spadł – poleciał dalej. Myśliwy najczęściej nie wie, czy jakaś pojedyncza śrucina trafiła ptaka. Czasami widzi, jak po strzale ptak zakołysał się w powietrzu, lecz leci dalej – ten ptak jest ranny na pewno. Ale już nadlatuje następny! Bach!, bach!… Badania szwajcarskie, kiedyś przytoczone przez „Łowca Polskiego”, mówią, że 70% ptaków „spudłowanych” jest trafionych jedną lub kilkoma śrucinami. Śrucina przeszywa tkanki i zatrzymuje się w mięśniach albo jelitach. Ten ptak nie doleci na zimowisko, dla niego jest to wyrok śmierci w męczarniach.
Według statystyk łowieckich w Polsce zabija się około 140 000 dzikich ptaków rocznie. Jest to jednak liczba poważnie zaniżona, bo nie uwzględnia śmiertelności wskutek postrzałów, płoszenia czy zatrucia śrutem ołowianym. Według badań naukowych udział ptaków postrzelonych wynosi 20-30% całej populacji. Badania europejskie dowodzą, iż w wyniku strzałów oddanych przez myśliwych, rannych jest średnio 25% wszystkich gęsi jednorocznych i 36% starszych gęsii.
Gęsi żyją do piętnastu lat w monogamicznych parach. Gdy jedno z pary zginie – drugie do końca życia pozostaje samo. Wędrują w rodzinnych stadach składających się z rodziców i dzieci, dalszych krewnych, a nawet dalekich kuzynów i powinowatych. Ich stadny behawior i wzajemne powiązania rodzinne są dobrze opisane. Rodzinne stado przemieszczające się na zimowisko jest rozstrzeliwane niczym cywile na wojnie. Z jednej strony ludzie ubrani w grube buty z zaawansowaną technologicznie bronią w ręku – z drugiej strony żywe, nieosłonięte, miękkie ciała wystawione na uderzenie ołowianego śrutu. Szacując bardzo ostrożnie, na skutek polowań może ginąć w Polsce 700 000 ptaków rocznie. Zadajemy tu pytanie podstawowe: Dlaczego w ogóle zabija się ptaki w Polsce?
I w ślad za nim, zapytujemy:
1. Czy ptaki powodują straty w gospodarce rolnej kraju? Jeżeli tak, to jakie? Gdy rozpatrujemy ten aspekt, uczciwie będzie rozważyć również inne role ptaków w przyrodzie. Należy również zastanowić się nad tym, co ich obecność w przyrodzie, na niebie, znaczy dla ludzi dorosłych i ich dzieci.
2. Czy istnieje konieczność regulowania pogłowia jarząbków, słonek, kaczek, kuropatw, bażantów, dzikich gęsi, łysek, gołębi grzywaczy? Ptaki na każdym etapie rozwoju spotykają się z dużą liczbą naturalnych drapieżników.
3. Czy ilość ptaków zagraża w jakiś sposób ludziom?
4. Czy mięso pozyskane z zabitych ptaków ma ekonomiczne znaczenie dla gospodarki kraju? Zauważmy, że w sklepach na półkach mięso wręcz przelewa się. Czy musimy zabijać kolejne istoty? Czy jesteśmy głodni?
Głęboko w świadomości
Zadziwiające, jak bardzo głęboko w świadomość Polaków wryło się myśliwskie public relations powtarzane od ponad stu lat, wciąż i wciąż od nowa. Wspomniałem o ptakach znajomej z pracy, nb. bardzo doświadczonej i dobrej psycholożce. Tak trochę pytająco powiedziała: „Ale przecież trzeba jakoś regulować ich liczbę”. Można przypuszczać, że wielu ludzi uwiedzionych myśliwską retoryką sądzi podobnie. Wryło się to w nasze umysły tak bardzo. Otrząśnijmy się z tego!
Myśliwi, uzasadniając zabijanie ptaków, mają jeden argument – „tradycja”. W historii ludzkości było wiele tradycji, z którymi musieliśmy się rozstać. Rozstaliśmy się z niewolnictwem, paleniem kobiet na stosach Europy przez trzysta lat, karą śmierci, rozstajemy się właśnie z patriarchalnym zniewoleniem kobiet i dzieci… Silnie kwestionowane jest kartezjańskie postrzeganie zwierząt jako nieczujących biologicznych maszyn.
Między innymi również ten, do dzisiaj kształtujący zbiorową świadomość pogląd, umożliwia istnienie spotworniałej relacji ludzie – zwierzęta. Zabijanie ptaków dla rozrywki mieści się w tej potworności. Ptaki to żywe rzutki. Oto relacja naocznego świadka: „Wiedziałam, że uprawiany jest proceder strzelania do bażantów, które wcześniej hodowane są w klatkach. Nie sądziłam jednak, że będę świadkiem /…/ Pewnego sobotniego popołudnia we wrześniu 2010 roku wybrałam się z mężem i dzieckiem do lasu na spacer. Do lasu przylega łąka, na której to myśliwi urządzili sobie strzelaninę do bażantów. Byłam zbulwersowana, ponieważ jest to teren tuż obok wsi. Podeszłam do samochodu, w którym siedział znudzony organizator całej „zabawy” i zapytałam jak to możliwe, że urządza się takie polowania. Nie chciał ze mną rozmawiać. Był niegrzeczny. Wiem, że podobne zajścia miały miejsce na łąkach nad Wartą. Mówiono mi, że podrzucano bażanty do góry zza niewielkich wzniesień, żeby panowie mieli bardziej »atrakcyjne rzutki«”.
Amunicja, żywe ptaki jako rzutki i cała reszta potrzebna do uprawiania tego hobby kosztują. Bażanty hoduje się w ośrodkach hodowli zwierzyny (OHZ), przed polowaniem kontraktuje, umówioną liczbę pakuje się z zamkniętych wolier do klatek i tuż przed polowaniem wypuszcza w teren. Obstawia myśliwymi, puszcza nagonkę i psy i… bach! bach!… z obu luf – zabawa trwa.
Żeby zapolować na gęsi, trzeba także wydać pieniądze. Każdy może zajrzeć, choćby pobieżnie, do księgowości, którą myśliwi ujawniają w Internecie, swobodnie rozmawiając na swoich forach o polowaniu na gęsi i bażanty (pisownia oryginalna):

„KOŁO ŁOWIECKIE NR 68 RYŚ we WSCHOWIE
ZAPRASZA KOLEŻANKI I KOLEGÓW NA ATRAKCYJNE POLOWANIA ZBIOROWE NA BAŻANTY W SEZONIE ŁOWIECKIM 2011-2012 Koszt polowania (wpisowe) wynosi ok. 350 PLN od osoby.
W cenie polowania jest wliczone ok. 6-7 kogutów do odstrzału, transport do łowiska, śniadanie w terenie, upominki i nagrody, biesiada w świetlicy koła.
Bażantarnia sprzedaje zestawy łowieckie
Zestaw składa się z dorosłych bażantów w proporcjach 2 koguty + 1 kura.
w cenie 30 zł/sztuka.

Nadleśnictwo Lidzbark
Ptaki pochodzące z wolierowej hodowli, są przeznaczone przede wszystkim do polowań, ale także na inne cele, między innymi do dalszej hodowli, na cele konsumpcyjne, czy zasiedlenia łowisk. Obecna infrastruktura pozwala na wyhodowanie ok. 10-12 tys. szt. bażantów (przy liczbie ok. 14 tys. jednodniówek). Kultywujemy także stare, polskie zwyczaje łowieckie, organizując polowania zbiorowe i indywidualne na bażanty. Całe polowanie odbywa się z zachowaniem tradycji i kultury łowieckiej – odpowiednia oprawa z wykorzystaniem sygnałów myśliwskich. Łowy kończą się uroczystym pokotem oraz koronacją króla polowania, vice króla i króla pechowców.
Dzięki znajdującej się na terenie OHZ ścieżce edukacyjnej, mamy możliwość popularyzacji gospodarki łowieckiej, szczególnie wśród dzieci i młodzieży

Gęś bez limitu! Najlepszy obszar w Polsce – tylko 1020€
- 1 myśliwy/ 5 nocy/ 4 dni polowania
- zakwaterowanie i wyżywienie
- organizacja polowania
- przewodnik dla myśliwych
- przygotowanie dokumentacji

Witam!
Koło Łowieckie »Łyska« z siedzibą w Słońsku (woj. lubuskie) umożliwia kolegom z całej Polski polowania na gęsi. Związane jest to z bezpośrednim sąsiedztwem z Parkiem Narodowym »Ujście Warty«.
Sam jestem z koła łowieckiego »Łyska« w Słońsku i odstrzał u nas kosztuje 50 zł za dzień. DB
od ubiegłego roku sprzedajemy polowania na gęsi dewizowcom, głównie włochom. Ubiegłoroczny rekord w 4 myśliwych 380 gęsi.
Otóż włosi mają do dyspozycji zrobione przez nasze koła takie czatownie z trzciny na ewentualnych żerowiskach. Rozkładają wokół nich bałwanki, tj. plastikowe imitacje gęsi. Są to różne pozycje tych gęsi. Jedne żerujące, inne stojące jeszcze inne obserwujące (tzw. strażnicy). Następnie chowają się do tych czatowni w których na dwóch mysliwych stoi załadowanych 5 automatów. Wtedy zaczynaja je wabić elektroniką. Maja tak silne wzmacniacze że potrafią przyciągnąć gęsi z 2-3 km. Kiedy gęsi nadlatują i obniżają lot chcąc siadać na żerowisku zaczyna się kanonada z 5 automatów. Co ciekawe strzelonych gęsi nie zbierają tylko mają takie widełki i na tych widełkach kładą łepek strzelonej gęsi aby te które zostaną zwabione za chwilę miały jak najbaedziej wiarygodny obraz. Obraz siedzącej najedzonej gąski.
Otóż oni nie płacą za strzelona gęś tylko płacą za dzień pobytu. Czy strzelą czy nie strzelą płacą tyle samo. Ubiegły rok był słaby ponieważ wiele grup odwołało swój przyjazd ze względu na ptasia grypę. Ale i tak do kasy koła wpłynęło ponad 40tyś. zł tylko z gęsi a naszym kosztem jest jedynie wykonanie z trzciny czatowni. Zapomniałem dodać że polują cały dzień z krótką przerwą na obiad.
Pozdrawiam
DB”
Toksyczny ołów
Dodatkowym aspektem tego zabijania jest… ołów. W konsekwencji polowań na ptaki następuje wprowadzenie do środowiska olbrzymich ilości ołowiu, które kumulują się przez lata, stanowiąc poważne toksyczne zagrożenie. Według ostrożnych, przybliżonych szacunków, co roku wprowadzonych zostaje w Polsce do środowiska około  400 000 kilogramów ołowiu – jednego z najbardziej toksycznych pierwiastków ciężkich. Tyle samo kilogramów ołowiu trafia rocznie do środowiska w wyniku emisji całego przemysłu i transportu! Wystrzelony w postaci śrutu ołowianego i kul, trafia do wód i gleby.
„Spośród zwierząt najbardziej narażone na akumulację ołowiu, poza rybami, są ptaki wodne, które mogą mylić zalegające w osadach dennych śruciny z kamyczkami, połykając je jako gastrolity. Połykanie ołowiu przez ryby wiąże się z włączeniem go w łańcuch troficzny, co z kolei może powodować wzrost zawartości ołowiu w organizmie ludzkim i w konsekwencji być przyczyną anemii i zaburzeń psychosomatycznych (Chełmicki 2002). W kompleksach stawów gdzie polowania na ptaki są praktykowane od dziesięcioleci, liczba zalegających śrucin może być bardzo duża. Badania w delcie rzeki Ebro w Hiszpanii wykazały, że liczba śrucin w osadach wynosiła nawet 266 szt./m2 (Mateo et al. 1997). Pain (1992) stwierdził, że niemal 9% kaczek pływających i 20% grążyc zabitych w czasie polowań posiadało w żołądku śrut ołowiany”ii.
Raporty Komisji Europejskiej nie pozostawiają wątpliwości: w miejscach polowań występuje olbrzymie stężenie ołowiu. Stwierdzano występowanie do 2 mln śrucin ołowianych na 1 ha oraz do 400 śrucin ołowianych na 1 metr kwadratowyiii. Czyż takie skażenie może nie wpływać na zdrowie ludzi i środowiska? W jaki sposób możemy cokolwiek zmienić, zatrzymać to zabijanie i zatruwanie gleby i wody? Po prostu możemy się na to nie zgodzić! Okazywana na różne sposoby postawa wewnętrznej niezgody jest decydująca – zmiana musi nastąpić, to kwestia czasu.
Ale nie „naprawiajmy” świata myśliwych. Niech to nie będzie naszym celem. Myśliwi żyjący pośród nas, mężczyźni, a także niektóre kobiety, to osoby, które zdecydowały się na to, aby w ich codziennym życiu obecne było zabijanie. Niełatwo jest żyć z krwią na rękach, nierzadko aż do łokci, a w życiu zostawiać za sobą smugę krwi, śmierci i cierpienia. Ci ludzie muszą dać sobie z tym radę sami. Najczęściej racjonalizują, racjonalizują… Zajmowanie się myśliwymi przypomina sytuację, jakbyśmy utknęli przy oblężeniu małej twierdzy, podczas gdy szeroka Ziemia czeka.
Dlaczego nie chcemy pozwolić żyć dzikim ptakom?
Jeżeli w Polsce jest 38 mln ludzi, a myśliwych około 100 tys., to kampanię kierujemy do 37 900 tys. ludzi. Mamy moc, by wycofać ustawową prawną delegację daną tej wąskiej grupie ludzi, która pozwala zabijać ptaki niejako w imieniu całego społeczeństwa – w Twoim i moim imieniu również. Sankcjonując obecnie istniejące prawo oddaliśmy dzikie zwierzęta w okrutne eksploatowanie. Zmieńmy to – sięgnijmy do swoich praw. Zmieńmy prawo. Bezpośrednie zaangażowanie jest kluczowe – nawet w pozornie „małe” działania w Twoim najbliższym otoczeniu. Każdy krok i kroczek jest na wagę życia. Tak, jak to ujął Chad Halstead z Sea Shepherd: „Uważam, że akcja bezpośrednia zawsze była najskuteczniejszym sposobem walki z niesprawiedliwością wobec środowiska i zwierząt. /…/ Jesteśmy jedyną obroną”.
Gdy leci się samolotem nad Europą i patrzy na gęsto rozsiane miasta, miasteczka, połączone w jednolitą infrastrukturę drogami różnej wielkości, wydaje się cudem, że dzikie zwierzęta jeszcze żyją na swoich zielonych wysepkach z nami, ludźmi. Dwa tysiące lat temu na Ziemi żyło 250 mln ludzi, przez 1500 lat liczba ta się podwoiła i w XV w. było nas 500 mln, po 310 latach było nas dwa razy więcej – w 1810 roku liczba ludzi na Ziemi po raz pierwszy osiągnęła 1 miliard, po 120 latach znowu podwojenie i w 1930 r. było na 2 miliardy, a obecnie jest nas ponad 7 miliardów. W ciągu ostatnich 80 lat na Ziemi przybyło 5 miliardów ludzi i ta liczba rośnie! Zajmujemy coraz więcej miejsca na Ziemi, coraz bardziej rozsiadamy się na ławce istnienia. Trzeba przestać wyjadać wszystko, co nam wpadnie w ręce. Te istoty, tak samo jak my, mają z nami ten sam Jeden Dom. Czas się posunąć, zrobić miejsce dla innych istnień, z którymi dzielimy jedno jedyne miejsce do życia. Co musimy wyraźniej zobaczyć i uświadomić sobie i innym? Że współistniejemy na Ziemi z innymi czującymi istotami, które również, tak jak i cała ludzkość, mają wrodzone prawo żyć, jeść i mieć potomstwo na tej Ziemi – tu się urodziły. Tym zajmuje się kampania Niech Żyją! www.niechzyja.pl
Jako ludzie jesteśmy racjonalni ale też emocjonalni – czyli wrażliwi, uczuciowi i empatyczni. Wyraźmy siebie w pełni i obok racjonalnej, intelektualnej postawy, pozwólmy sobie na to, aby w tej sprawie kierować się uczuciami. Wszak wszystko to, co robimy w kampanii Niech Żyją!, to wyraz naszej emocjonalnej niezgody.
Ja nie zgadzam się na zabijanie ptaków!
Proszę, nie wahaj się zaangażować. Stwarzaj pola działania i wpływu. Każde z nich jest na wagę życia. Tym ptakom nie jest wszystko jedno, jak bardzo się zaangażujesz i kiedy nastąpi zmiana.

Zenon Kruczyński
Autor książki Farba znaczy krew

 

Drop. Jak w Polsce wykończyliśmy ptasią arystokrację?

Drop Otis tarda
Fot. David Kjaer

Ogromne ptaszysko. Największy w Europie. Jeden z najcięższych, latających ptaków na świecie. Wysokie na metr i więcej, niektóre samce ważą ponad 20kg i rozpościerają swoje skrzydła na blisko 2,5m. Mimo to potrzebują zaledwie kilku kroków rozbiegu, aby wznieść się w powietrze. Tam – majestatyczne – lecą zaskakująco szybko, prosto, wytrwale. Ale na podniebne manewry raczej nie mogą sobie pozwolić.

Ptaki – kwiaty. Tokujące samce stroszą swoje piękne pióra, wywijają wielkie skrzydła, rozkładają strojne ogony. Dosłownie zakwitają w krajobrazie niczym ogromne, białe orchidee. Cały czas milczą. Słychać jedynie szelest drżących piór. W każdym razie tak to sobie wyobrażamy. Nikomu bowiem nie udało się zbliżyć do tokujących Dropi.

A to jeden z najbardziej niezwykłych widoków, jakie możemy podziwiać na naszej planecie. U nas już nie do zobaczenia.

W Polsce Dropie gnieździły się po raz ostatni w roku 1986. Niestety z jedynego jaja nic się nie wylęgło. Późniejsze badania wykazały, że rozwijający się embrion obumarł. W kolejnym sezonie, w tym samym miejscu, pojawił się tylko samotny samiec…

Już w pierwszej połowie ubiegłego wieku populacja Dropi szybko się kurczyła. Mimo to prominentni myśliwi wciąż do nich strzelali. Zwykli kłusownicy i postępująca intensyfikacja rolnictwa przyspieszyły kryzys. W roku 1958 było ich 432, w 1972 – 159, w 1979 – 25.

Wreszcie (dlaczego nie wcześniej?) podjęto radykalne próby ratowania gatunku. 14 ptaków zamknięto w specjalnej wolierze w Siemianicach. Miały dać początek programowi ratunkowemu.

W nocy, 13 grudnia 1980 roku, ktoś wszedł do woliery i zabił 9 z trzymanych tam ptaków. Zginęły zatłuczone pałką.

Śledztwo umorzono z powodu „znikomej szkodliwości społecznej czynu”.

Wkrótce zgasły polskie Dropie. Z naszego terytorium zniknęła cała, odwieczna linia życia…

Wspaniały i okazały Drop – nieistniejący już dowód na to, że możemy wszystko, że jesteśmy bezkarni. Oraz – że nic nie trwa wiecznie.

23 lipca 2007 roku, wszystkie najważniejsze i mniej ważne brytyjskie media donosiły, że po raz pierwszy od 175 lat na Wyspach znowu zniósł jajo Drop. Ale trzeba było czekać kolejne 2 lata, aby 2 czerwca 2009 te same media informowały o szczęśliwych narodzinach 3 małych Dropi. 2 z nich dorosły i powiększyły niewielkie stado zamieszkujące od 2004 roku Salisbury Plain – dawny poligon, który Armia Królewska oddała… Dropiom. A wszystko za sprawą kilku pasjonatów oraz piskląt z rosyjskich inkubatorów. Ci pierwsi postanowili przywrócić Anglii wielkie ptaki. Wspierani przez rząd brytyjski, licznych – coraz liczniejszych – darczyńców i przedstawicieli biznesu, lokalnych rolników oraz Komisję Europejską, dokonali niemożliwego. Szczegóły projektu wciąż trzymane są w ścisłej tajemnicy.

Drop, gatunek niezwykle trudny i wymagający, o skomplikowanej strukturze społecznej. Długo dojrzewa, nadzwyczaj płochliwy i wrażliwy. Zagrożony wyginięciem w skali całego globu. Znowu jest lęgowym ptakiem Zjednoczonego Królestwa. Nowym emblematem hrabstwa Wiltshire oraz lokalnego pułku Armii Królewskiej. Powodem do dumy.

How about us?

Zdjęcia Marcin Nawrocki:
http://szeptynatury.blogspot.co.uk/

http://www.fotolens.pl/

Współczesne myśliwstwo w Polsce

Współczesne myślistwo w Polsce. Raport subiektywny
Zenon Kruczyński
Według danych GUS z 2008 r., w Polsce poluje 106 588 myśliwych zrzeszonych w 2521 kołach łowieckich, dzierżawiących 4746 polnych i leśnych obwodów łowieckich, zajmujących powierzchnię 252,8 tys. km2 – na tym obszarze polują tzw. zwykli myśliwi, zrzeszający się w kołach łowieckich.

Ambona nieopodal granicy rezerwatu Boczki w Puszczy Rominckiej. Fot. Andrzej Bobiec
W zarządzie Administracji Lasów Państwowych, gdzie polują leśnicy-myśliwi reprezentujący tę firmę z urzędu, pozostaje 257 obwodów łowieckich, wchodzących w skład 176 Ośrodków Hodowli Zwierzyny, zajmujących powierzchnię ok.19 tys. km2.
Myśliwska matematyka
GUS podaje, że poluje się również na terenach nazwanych – podobnie jak w Lasach Państwowych – Ośrodkami Hodowli Zwierzyny, które są prowadzone przez np. Uniwersytet Przyrodniczy Poznań, Uniwersytet Rolniczy w Krakowie, SGGW – Leśny Zakład Doświadczalny itp. instytucje naukowo-dydaktyczne i inne jednostki. To obszar 846 km2, na którym w sezonie 2007/2008 zastrzelono 1810 danieli, jeleni, saren i dzików.
W wyniku corocznej inwentaryzacji zwierzyny łownej, którą dzierżawiący obwody łowieckie mają obowiązek przeprowadzić, została opracowana tabela „Najważniejsze zwierzęta łowne w Polsce”. GUS podaje takie liczby:
Tab. 1. Liczba zwierząt łownych

Łosie Daniele Muflony Jelenie Sarny Dziki Lisy Zające Bażanty Kuropatwy
6479 17 830 2065 163 700 760 200 211 800 209 500 531 800 412 700 408 200

Wylicza się również ilość zwierząt, która została „pozyskana”. Wszyscy myśliwi – naukowcy, leśnicy i tzw. zwykli myśliwi, zastrzelili rocznie w szt.:
Tab. 2. Liczba zastrzelonych zwierząt łownych

Łosie Daniele Muflony Jelenie Sarny Dziki Lisy Zające Bażanty Kuropatwy Kaczki
3635 184 40 825 141 000 149 279 147 298 23 019 112 756 13 957 108 331

Czyli: 334 923 duże zwierzęta i 405 361 polnego, leśnego i powietrznego drobiazgu. Razem 740 284 zwierzęta.
Statystyki nie obejmują innych zwierząt, które mają nieszczęście być wyróżnione słowem-wyrokiem: „łowne”. Oto wykaz wszystkich zabijanych zwierząt – małych i dużych, pierzaków i futrzaków, polnych i leśnych:

  • jelenie szlachetne: byki, łanie, cielęta
  • jelenie sika: byki, łanie i cielęta
  • daniele: byki, łanie i cielęta
  • sarny: kozły, kozy i koźlęta
  • dziki wszystkie
  • muflony: tryki, owce i jagnięta
  • borsuki
  • tchórze i kuny leśne i domowe
  • lisy, jenoty, szopy pracze i norka amerykańska
  • piżmaki
  • bażanty: koguty; kury: wyłącznie na terenach OHZ (bażanta)
  • kuropatwy
  • kaczki: krzyżówki, cyraneczki, głowienki i czernice
  • gęsi: gęgawy, zbożowe i białoczelne
  • słonki
  • łyski
  • gołębie grzywacze
  • jarząbki

Z tej ogólnej liczby zwierząt zastrzelonych przez wszystkich myśliwych polujących w kraju, „zwykli myśliwi” zabili wg www.pzlow.pl.
Tab. 3. Odstrzał ważniejszych zwierząt łownych według województw w sezonie 2006/2007. Obwody dzierżawione przez koła łowieckie

Łosie Daniele Muflony Jelenie Sarny Dziki Lisy Zające Bażanty Kuropatwy Kaczki
2333 59 31 984 123 113 104 412 136 192 15 732 71 725 12 611 103 732

Po uwzględnieniu zwierząt zastrzelonych w naukowych OHZ-ach i z porównania statystyk wynika, że myśliwi z ALP w swoich obwodach łowieckich zabili 77 688dużych zwierząt, czyli 23% zabitych w Polsce jeleni, danieli, muflonów, saren i dzików w czasie jednego sezonu łowieckiego. Liczba ta, po uzmysłowieniu sobie, że OHZ-y zarządzane przez Lasy Państwowe zajmują powierzchniowo tylko 7,5%, pokazuje, jak bardzo cenne przyrodniczo i jak bogate w zwierzynę są ich tereny.

Po polowaniu. Fot. Grzegorz Bożek
Według GUS Tab. 17(139) w parkach narodowych w sezonie 2006/2007 roku zastrzelono 1262zwierzęta: łosie (10 zwierząt), jelenie, sarny i dziki. Ta liczba odstawionych do skupów ciał zwierzęcych nie jest ujęta przez GUS w tabeli „Odstrzał”, ponieważ według prawa w parkach narodowych nie wolno polować – wolno „regulować pogłowie”, a robią to oczywiście myśliwi podczas jak najbardziej standardowych polowań.
Śmiertelne perpetuum mobile
Zajmijmy się ponoszonymi przez myśliwych kosztami. Wszak, jak sami to lubią podkreślać, ponoszą wielkie wydatki związane z polowaniem. Tę wielkość kształtują dwie grupy głównych wydatków – szkody łowieckie i dokarmianie.
W sezonie 2007/2008 roku myśliwi wypłacili 41,5 mln zł tzw. odszkodowań łowieckich za płody rolne zjedzone przez zwierzynę łowną.
Na dokarmianie myśliwi z Polskiego Związku Łowieckiego wydali według danych zamieszczonych na www.pzlow.pl 28,5 mln zł. Do tego dochodzi suma 3,7 mln zł, jaką wydają Ośrodki Hodowli Zwierzyny Administracji Lasów Państwowych. Razem tzw. zwykli myśliwi i myśliwi z OHZ-ów ALP na dokarmianie wydają rocznie ok.32,2 mln zł.
Skąd biorą się te niemałe pieniądze? Głównie ze sprzedaży ciał zastrzelonych zwierząt.
Wg GUS Tab. 16(68). Ilość i wartość skupu zwierzyny łownej w 2007 roku wyniosła:81,8 mln zł.
Po odjęciu szkód łowieckich i sum wydanych na odszkodowania zostaje kwota8,1 mln zł do zagospodarowania przez myśliwych.
Tak wygląda ta śmiertelna matematyka. Każde koło łowieckie i OHZ jest małym przedsiębiorstwem, w którym bilans musi wyjść przynajmniej na zero. Z grubsza rzecz biorąc:
suma pieniędzy wydanych na odszkodowania i dokarmianie = sumie pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży mięsa zabitych zwierząt.
Wygląda to na jakieś, z piekła rodem, perpetuum mobile:
…dużo karmy = dużo zwierząt do zabicia = dużo pieniędzy = dużo karmy = dużo zwierząt do zabicia…
Jedzenie dla zwierząt, na które została wydana suma przeznaczona na dokarmianie, przez dwa, najwyżej trzy zimowe miesiące trafia do paśników. W ciągu ostatnich kilkunastu lat zimy były raczej słabe i krótkie, jedynie o ostatniej zimie można powiedzieć, że była „prawdziwa”. Zwierzęta w czasie lekkich zim w bardzo umiarkowany sposób korzystają z paśników – wolą, dostępne także zimą, pożywienie świeże. Wszak natura bez żadnego „wysiłku” i ludzkiej pomocy wykarmia je takim pożywieniem od milionów lat. Przypuśćmy więc, że około 30% rocznej puli karmy przez trzy miesiące trafia do paśników. Gdzie podziewa się 70% kartofli, buraków, owsa, kukurydzy itp.? Trafia na nęciska!
Jatka na nęciskach
Paśnik to miejsce, w którym dokarmia się zwierzęta tylko zimą. Na nęcisku karma jest przez okrągły rok. Ponieważ przy paśniku zabijać nie wolno, to inne miejsce dokarmiania myśliwi nazwali „nęciskiem” i… tam już wolno. Zaprasza się zwierzęta na posiłek, żeby do nich postrzelać z precyzyjnej broni z odległości 30 m. A one korzystają z nęcisk, bo nie czytając prawa łowieckiego, nie odróżniają ich od paśników.
Na jednym nęcisku można zabić nawet dziesiątki zwierząt rocznie. To zwykła rzeźnia, jatka, egzekucja. Polowanie na nęciskach od kilkudziesięciu lat degeneruje myślistwo od wewnątrz. Nie ma odwrotu od tego procesu.
Do jawnej sumy przeznaczonej na dokarmianie, dochodzą jeszcze nieznane kwoty wydawane przez indywidualnych myśliwych na zasilanie prywatnych (!) nęcisk.
Jak to możliwe, że istnieją takie „prywatne” twory w państwowym skądinąd lesie? Otóż „samo” się zrobiło przez ostatnie trzydzieści lat. Indywidualni, przedsiębiorczy myśliwi, w ulubionych przez siebie fragmentach lasu budują za swoje prywatne pieniądze ambony zamknięte na prywatną kłódkę i pod nimi urządzają nęciska – również za swoje pieniądze, i zaopatrują je szczodrze przez cały rok. Dzicza matka przyprowadza tam swoje młode, a te, które przeżyją zabijanie i dorosną, przyprowadzą tam swoje potomstwo itd. I tak to w obwodach łowieckich powstała sieć prywatnych mini-obwodów, które są na zasadzie wzajemności respektowane. Ryzykuję stwierdzenie, że plaga prywatnych nęcisk w obwodach PZŁ, czyli „zwykłych myśliwych”, jest powszechna.
W obwodach łowieckich ALP w Puszczy Białowieskiej, w otulinie (!) Białowieskiego Parku Narodowego widziałem ambonę 95 metrów od paśnika – przy paśniku leżał martwy dzik. Piękna widoczność, łąka, rzeczka, zwierzęta przychodzą do paśnika…. Strzał – to właściwie egzekucja. Każdy, kto skorzystał z takiej ambony, powinien stanąć przed rzecznikiem dyscyplinarnym Polskiego Związku Łowieckiego. Gdy jeleń tylko wychyli głowę z Parku – już może dostać kulę. Nawet zabito jelenia jeszcze na terenie Parku. Nie chciało się przeciągnąć ciała łani na teren lasu gospodarczego, tylko wypatroszono ją na miejscu. A na dodatek działo się to wszystko przy nęcisku, na którym wysypane były buraki. Co w tym wzbudza uwagę? Ano to, że buraki służą do nęcenia jeleni i saren – dziki buraków nawet nie tkną. Czyli nęcisko urządzono z premedytacją po to, by zabijać jelenie. Cóż z tego, zapytać by można? Otóż regulamin polowań zabrania zabijania jeleni, saren i danieli przy nęcisku – wolno tylko dziki.
Ciekawe, czy rzecznik dyscyplinarny PZŁ (to taki prokurator myśliwych) prowadził jakąś sprawę o zastrzelenie np. sarny na nęcisku? Zdaje się, że prawo łowieckie w tym aspekcie zdegenerowało się i nie jest przestrzegane. W opisywanym przypadku prawo to jest ignorowane, lecz pamiętajmy, że to nie są „zwykli myśliwi”, to są obwody łowieckie ALP. Mam nieodparte wrażenie, że dżentelmeni w zielonych mundurach z karabinami na plecach, w każdym lesie czują się „u siebie”, na swoich włościach, najwyżej tymczasowo wydzierżawionych np. PZŁ. Zresztą, będąc osadzonym na tak wielkim leśnym królestwie, trudno o inne samopoczucie. „Zwykli myśliwi” na nęciskach robią tak samo i także bezkarnie.

Widok lizawki z ambony nieopodal granicy rezerwatu Boczki w Puszczy Rominckiej. Fot. Andrzej Bobiec
Postronnemu obywatelowi te niuanse są raczej obojętne, bo cóż to w końcu za różnica, w jaki sposób i w jakim miejscu lasu czy pola zostanie wystrzelona kula w serce zwierzęcia. I nawet gdyby tenże obywatel protestował i nie zgadzał się na zabicie sarny, która zimą wchodzi na jabłuszka do sadu za oknem jego domu, to cóż może zrobić? Nic. Zwierzęta w stanie wolnym są własnością Skarbu Państwa, lecz prawo decydowania o ich życiu ma tylko wąska grupa społeczna, ta, która kultywuje śmiercionośne hobby. A gdy zwierzę zostało już zastrzelone, przechodzi na własność myśliwego, który najczęściej sprzedaje je do skupu. Myśliwy co prawda dzieli się gotówką za sprzedane ciało zwierzęcia ze swoim kołem łowieckim, ale znacząca część złotówek zostaje w jego kieszeni.
W tekście zamieszczonym w „Braci Łowieckiej” 8/2009, pt. „Realny wymiar konkurencji pokarmowej między zwierzyną a człowiekiem”, prof. Włodzimierz Jezierski (domyślać się można, że promyśliwski), twórca Zakładu Ekologii i Ochrony Środowiska UWM w Olsztynie, podsumowuje dokarmianie zajęcy i kuropatw tak: Nie łudźmy się bowiem, że wykładana tu i ówdzie snopówka owsiana dla zajęcy czy podsypywane w budkach ziarno dla kuropatw ma jakiekolwiek istotne znaczenie w zakresie uzupełnienia koniecznych dla organizmu dostaw energetycznych.
Omawiając ilość zjadanych przez zwierzęta płodów rolnych na polach, czyli zjawisko tak zwanych szkód łowieckich, pisze:
Wynika stąd, że z ok. 28,5 mln zł [GUS podaje inną sumę – przyp. Z. K.] odszkodowań za szkody łowieckie wypłaconych w roku łowieckim 2007/08 ok. 24,2 mln zł to odszkodowania za szkody – nazwijmy je – „konkurencyjne”. Za tą wartością stoi oczywiście określona wielkość masy towarowej. Pierwsze miejsce zajmują tu ziemniaki, z których zwierzyna »odebrała« nam 0,4 proc. krajowej produkcji tych roślin w 2007 roku. Można by to uznać za znaczącą wielkość, ale jeżeli zauważyć, że w 2007 roku przyrost produkcji ziemniaków w stosunku do roku poprzedniego wyniósł 38 proc., a straty w przechowalnictwie, transporcie itp. – ok. 9 proc., to wielkość 0,4 proc. wynikająca z żerowania zwierzyny przestaje mieć jakiekolwiek praktyczne znaczenie dla krajowej produkcji ziemniaków. W przypadku zbóż i roślin oleistych te wartości są jeszcze mniej znaczące. Żerowanie zwierzyny umniejsza krajową produkcję owsa, żyta, jęczmienia i kukurydzy o ok. 0,1 proc., a pszenicy o ok. 0,04 procent. Tymczasem przyrost produkcji zbóż wyniósł 25%, a straty – ok. 5 proc. Rośliny oleiste zwierzyna uszkadza w rozmiarze ok. 0,1 proc. produkcji krajowej przy wzroście produkcji 2% i stratach prawie 7 procent. Podsumowując powyższe rozważania, można zatem powiedzieć, że z punktu widzenia całości krajowej produkcji rolnej żerowanie zwierzyny na płodach i plonach tej produkcji nie ma żadnego praktycznego znaczenia dla efektów gospodarki rolnej. Łączna wartość produkcji roślinnej w 2007 roku wyniosła 45,4 mld złotych. W odniesieniu do tej wartości kwota wypłaconych odszkodowań to zaledwie 0,06 procent. W gospodarce w której straty przyprodukcyjne wahają się między 5 a 10 proc., jest to wielkość niezauważalna.
[…] dokarmianie zwierzyny przenosi kolejne 0,1% krajowej produkcji roślin okopowych (głównie ziemniaków i buraków cukrowych) i kolejne 0,1% krajowej produkcji zbóż […].
W resume pisze: Podsumowując, można powiedzieć, że rzeczywisty wymiar konkurencji pokarmowej zwierzyny względem człowieka jest całkowicie bez znaczenia zarówno w świetle możliwości produkcyjnych gospodarki rolnej, jak i w świetle strat przyprodukcyjnych.
Dokarmianie jest kompletnie niepotrzebne. Zaczęło się w drugiej połowie XX w., gdy w Europie pojawiły się nadwyżki żywności. Myśliwi dorobili do tego ideologię, że pomagają zwierzętom przeżyć zimę. A przecież przyroda zawsze sobie z tym radziła. Przez miliony zim wykarmiła miliony zwierząt. Dokarmianie jest wręcz szkodliwe, stanowi głęboką ingerencję w procesy przyrodnicze i pojemność ekosystemu. Takiego jedzenia w lesie nigdy nie było i nie powinno być. Myśliwym zawsze chodzi o duże stany zwierzyny, większe niż naturalny ekosystem byłby w stanie wyżywić. Najważniejsze jest bowiem, żeby było do czego strzelać. Im więcej można zabić, tym atrakcyjniejsze polowanie.
Działa tu prosty mechanizm ekonomiczny. Jeżeli w uprawy wejdą dziki, zjedzą jakąś część plonów i będą tam często przychodzić, to stawia się tam ambonę, zabija, oddaje do skupu i dostaje pieniądze, z których finansuje się odszkodowania za szkody rolnicze. Dziki, jelenie i sarny płacą z nawiązką za zjedzone kartofle własnym ciałem. Nikt nie jest zainteresowany, żeby chronić plony. Rolnik za każdego zjedzonego przez zwierzęta leśne kartofla dostaje żywą gotówkę, a ogrodzone elektrycznym pastuchem pole to dla myśliwego martwy, bezużyteczny teren.
Widziałem niedawno w gazecie myśliwskiej zdjęcie przedstawione jako ciekawostka, zrobione w środku zimy, w styczniu. Naganiacz przytrzymywał w rękach warchlaczka. Skąd wziął się w styczniu miesięczny warchlaczek? Locha została zastrzelona zgodnie z prawem, bo okres polowań na lochy trwa od 15 sierpnia do 15 stycznia. W tym czasie cała damska przyroda jest w bardziej lub mniej zaawansowanej ciąży, ale jeszcze nie na tyle, by wyrzucenie w krzaki pęcherza płodowego z małymi było poważnym dyskomfortem. Dziś płodność dzików na skutek dostępu do wysokobiałkowej paszy jest nieprzewidywalna, ale okresy ochronne się nie zmieniły, bo jakie właściwie miałyby być? Zupełnie legalnie można zastrzelić przyszłą dziczą matkę na dzień przed rozwiązaniem.
Koronne argumenty
Analiza pokazuje jak wygląda rzeczywisty wymiar dokarmiania, jaki ma wpływ na zwierzęta, pokazuje też o co chodzi ze szkodami łowieckimi. Inaczej mówiąc, obraca w perzynę dwa z trzech koronnych argumentów myśliwskich: o konieczności zimowego dokarmiania i o konieczności obrony pól przed szkodami. Trzecim argumentem jest brak drapieżników i konieczność zastąpienia ich myśliwymi.
No cóż, postawmy myśliwego ubranego w solidne ubranie, w grubych butach, siedzącego z karabinem na wieżyczce strażniczej żywcem skopiowanej z ogrodzeń obozów jenieckich, zwanej pociesznie amboną, obok wilka, rysia, orła, jastrzębia… I zadajmy sobie pytanie: czy myśliwy jest w stanie wypełnić subtelną rolę, jaką drapieżnictwo odgrywa w całej przyrodzie? Zdaje się, że przeciętny myśliwy o drapieżnikach wie głównie to: „zabijają”. I twierdzi, że ponieważ on też zabija, to także jest drapieżnikiem, takim „ludzkim drapieżnikiem”. Lecz gdy choć trochę dowiemy się o drapieżnikach w przyrodzie, taka postawa traci całkowicie rację bytu. Myśliwym wydaje się, że muszą regulować pogłowie, bo nie ma drapieżników. Postawa, że w naturze trzeba coś regulować, przypomina ręczne sterowanie gospodarką w Korei Północnej. Prowadzi do nędzy w przyrodzie. Wynika z braku zaufania do procesów życiowych i ludzkiego lęku przed wszystkim. A z przyrodą można tylko współistnieć, bo sami jesteśmy jej częścią i w najgłębszym stopniu od niej zależymy. Natura reguluje się sama.
Człowiek ma lękową skłonność do osiągania miażdżącej przewagi. W tej relacji widać to jak na dłoni – z jednej strony wytwory bardzo zaawansowanej technologii, współczesna, snajperska broń myśliwska, optyka, nowoczesna amunicja – a z drugiej strony cienka skóra zwierzęcia i jego miękkie ciało.
Myślistwo komercjalizuje się coraz bardziej. Na czym polega ten proces? Wystarczy wpisać w Google „biuro polowań” i z mnóstwa linków otworzyć na przykładwww.aom.pl/data/download/2_CENNIK_2008.pdf, by zobaczyć makabryczną perwersyjność tej handlowej oferty, wyceniającej w euro możliwość zadania śmierci.
Dokarmianie i praca przy nim są potrzebne myśliwym do miłego znieczulania sumienia i łagodzenia stanów, które budzą się, gdy się zabija, zabija, zabija… Nierzadko z wielkim cierpieniem ofiary, która z przestrzelonym brzuchem ucieka i zalega, aby umrzeć gdzieś w swoim leśnym domu, lecz znowu jest ścigana i gryziona przez psy, słyszy podniesione głosy, widzi sylwetki ścigających ją ludzi i w końcu jest dobijana i haratana kolejnymi kulami. To nie jest rzadkość – to norma. Przeczytajmy fragment fachowej dyskusji na ten temat na forum myśliwskim (pisownia oryginalna):
Autor: Desperado, godzina: 16 : 10
predator Czaszka ptaków nie ma klasycznej potylicy tylko kłykieć potyliczny. Dzięki takiej budowie ptak może skręcać głowę o 180 stopni. Połączenie takie jest bardzo delikatne. Ptaki dobija się pociągając albo skręcając łebek w celu zerwania właśnie tego połączenia. Dawniej, w szczególności kuropatwy, gołębie i inne małe ptaki dobijało się uderzając łebkiem ptaka o obcas buta. Kwiczoły i paszkoty nie mogły być troczone bo ich połączenie szyi z łebkiem było tak delikatne że każda próba zawieszenia ptaka na trokach kończyła się oderwaniem od głowy reszty ciała i po prostu zgubieniem pozyskanego trofeum.
kurzel, godzina: 16 : 13
potylycię można jeszcze przekłuć piórem – wówóczas przerywa się rdzeń. zdrówko
Desperado, godzina: 16 : 30
Teoretycznie można, tylko o wiele szybciej i skuteczniej sprawę się załatwia poprzez skręcenie ptakowi łebka.
czarny predator godzina: 16 : 55
Desperado Gdy przeczytałem Twój post to zwątpiem… Co do drobniejszych ptaszków – zgadzam się z Tobą… Byłem jednak światkiem hm… nazwijmy to nieestetycznych rękoczynów Kolegi w stosunko do zbarczonej gęgawy zaaportowanej przez wajmara… który troszkę ją wymemłał zanim oddał swemy panu… nie będę opisywał szczegółów… wreszcie na moją WYRAŹNĄ prośbę gęś została skłuta w „potylicę – czyli tył głowy”… do czynności tej idealnie nadaje się rymarskie szydło – szybko, pewnie i bezgłośnie… Cudzysłów powyższy pochodzi z woluminu Darz Bór Ptaki łowne dr inż Wiesława Dudzińskiego Wydanie II Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne Warszawa 1988 Rozdział I Ogólna charakterystyka gromady ptaków – Aves Rysunek 2 Schemat budowy ciała ptaka; punkt 7.
Jenot, godzina: 17 : 52
Ja nie wiem jak myśliwi uśmiercają zbarczone ptaki. Nie miałem „przyjemności” widzieć. Zbyt krótko poluję. Mogę sobie jedynie wyobrazić (sądząc z opisów) że ta czynności wymaga WPRAWY i ZNAJOMOSCI FACHU…..!!! Pozdrawiam DB
Desperado, godzina: 20 : 24
Żeby była jasność. Nikogo nie potępiam, za to że idąc na ptactwo zabiera ze sobą szydło rymarskie. Potępiam tego kto postrzelonemu ptakowi zadaje dodatkowy stres i cierpienie starając się go nieudolnie dobić. I tyle. gotan44 Jeśli masz wątpliwości moralne to musisz je rozwiać tylko i wyłącznie we własnym sumieniu. Tutaj ani nigdzie indziej nikt Ci nie pomoże. Musisz odkryć w sobie cechy które pozwolą Ci zrozumieć sens pasji w którą wchodzisz. Wszystkie jej plusy i minusy. Sam. Łowiectwo a co za tym idzie polowanie ma się zapisane lub nie w genach. Tak samo jak serce do walki ujawniane w ringu przez bokserów. Dlatego jedni stają się legendą tego sportu a inni trafiają na jego śmietnik. Ni znam nikogo, kto zaczynając przygodę z łowiectwem stawał przed takim dylematem jak Ty. Zastanawiam się czy Twój wystep nie ma innych pobudek. POZDR…
czarny predator, godzina: 22 : 39
Poprzedni post był pierwszym pisanym z domu… Nie miałem pojęcia że nie będę mógł go wygładzić po wysłaniu!!! Dlatego jest taki niepoukładany a myśliwskie pozdrowienie wkradło się przed tytuł… Desperado Nie masz prawa potępiać myśliwego za używanie szydła. Tak samo, jak za tłuczenie tuszką po obcasach. Może to jedynie budzić Twój niesmak. Zważ jednak, że zamiast szydła i obcasa myśliwy może posługiwać się noszonym na łańcuchu srebrnym wisiorem w kształcie łebka dubelta, beksika lub słonki. Nie uważam jednak aby było to konieczne. Co do wątpliwości Szorta, to myślę że po pewnym czasie spędzonym samotnie w knieji zrozumie dlaczego porównałeś łowiectwo do króla dyscyplin olimpijskich.
jany, 23.03.2006, 12 : 50
Miałem niestety mniej szczescia od kolegow. Wielokrotnie mialem okzje dobijać postrzeloną zwierzynę. Ma to związek z tym że mam psa chodzącego po farbie i dość często jeżdże szukać kolegom postrzałków. 47 sztuk podniesionej grubej zwierzyny w poprzednim sezonie. Nie stety wielokrotnie musiałem dobijać zwierzynę. Nie za bardzo rozumiem o jakim rozbijaniu tuszy mowią koledzy. Poluję z kalibrem 7 × 64. I zawsze do dochodzenia zdejmuję lunetę. Zdażyło mi się skłuwać, ale miałem później ogromne wyrzuty sumienia. Od tej pory zawszę dostrzeliwuję postzrałki. Zwierzynę płową w kark(szyję), a dziki w okolicę między świecą, a słuchem. Jest to strzał zawsze skuteczny i śmiertelny. Nie ma wtedy mowy o jakimś tam spadku klasy. Chociaż takie podejście nie uważam za godne myśliwego. „Klasa mięsa”! Nie wiem czy etyczny myśliwy ma takie podejście?! Oczywiście z ekonomicznego podejścia do gospodarki w kole tak, ale podstawowym zadaniem każdego myśliwego jest szybkie uśmiercenie pozyskanego zwierza. Nie zastanawianie się za ile go sprzeda. W sytułacjach dochodzenia postrzałka, szczególnie gdy szarżuje dzik nie zawsze można mieć czas na zastanawianie się! Wie to każdy któremu to się przydażyło. Najważniejsze jest zachować, co w takiej sytułacji jest trudne zimną krew i strzelić celnie. Nie zawsze to się uda.
Jeśli chodzi o broń krótką to sądzę, że kowboje już byli i nie sądzę że potzrebujemy ich u nas. Znając mentalność nie których ludzi dochodziło by nie tylko do dobijania zwierzyny ale i do popisowych strzałów do zdrowej zwierzyny przez nie których „kolegów” nie obrażając nikogo.
Ostatnio pojawiło się mnóstwo elektronicznych gadżetów do wabienia zwierząt, w lesie zakłada się podsłuchy, na rozlewiskach w czasie jesiennych przelotów wabi się gęsi na bezpieczny nocny odpoczynek – i gdy masowo lądują na wodzie, robi się masakrę, bo strzela do nich ekipa włoskich myśliwych przywiezionych autobusem. (Następnego wieczora, po całodziennym locie podążających na południe, niestrudzonych gęsich wędrowców – spotka to samo.) Zimą można obserwować na wyspie przez lornetkę te gęsi, które spadły na wodę ze zgruchotanym skrzydłem i ukryły się, nikt ich nie dobił. Jednej z nich wiszące skrzydło przymarzło do lodu…
Wątpliwości społeczeństwa, ruch oporu i prawda o św. Hubercie
Myśliwym udaje się utrzymać tak długo przekonanie, że są niezbędni, poprzez lata propagandy, którą wdrukowuje się w umysły kolejnych pokoleń. Ludzie może czasami nie do końca im wierzą, ale nie mają pewności, czują się nieswojo: To całe zabijanie mi się nie podoba, ale może rzeczywiście trzeba regulować, eliminować. Ktoś to musi robić. Bo jeśli ktoś tego robił nie będzie to…
I tu rozumowanie się zatrzymuje, bo właściwie nie wiadomo, co miałoby się stać. Pozostaje przekonanie, że myśliwi być muszą. Natomiast nikt się nie zastanawia, dlaczego myśliwi zabijają kaczki, dzikie gęsi, bażanty, kuropatwy, zające, piżmaki, słonki. Mają naturalnych wrogów, ludziom nie zagrażają. Dokarmia się je? Nie da się! Jakie szkody rolnicze może wyrządzić kaczka? Myśliwskie koronne argumenty mają się tu nijak. Tu naprawdę widać, że chodzi tylko o zabijanie. Gdyby myśliwi traktowali swoją argumentację poważnie, sami powinni zrezygnować ze strzelania do całego leśnego i polnego drobiazgu. Ale nie, oni konstruują specjalną broń: ptaszarki, żeby skuteczniej strzelać na przelotach.
Teraz społeczeństwo mniej akceptuje myślistwo, niż kiedyś. Obserwując okołomyśliwską współczesność, widać, że coś się zmieniło przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Istnieje European Federation Against Hunting, w Polsce wyszły trzy książki antymyśliwskie: „Polowaneczko” Tomasza Matkowskiego, „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk i „Farba znaczy krew”. Czwarta książka przeszła bez echa, socjologiczna rozprawa „Sens polowania” Doroty Rancew-Sikory. Tu i ówdzie ktoś coś robi w akcjach bezpośrednich, jak chociażby w Olsztynie grupa VegeActiv, Pracownia, Empatia, są pojedynczy aktywiści działający na własną rękę, znaleźli się także opiniotwórczy dziennikarze i ich publicystyka. W Internecie można spotkać takie inicjatywy, jak www.nieglosujenamysliwych.pl.
Rozpoczęła się w Polsce akcja „Zostaw kaczki dzieciom”, która ma doprowadzić do wyłączenia dzikich kaczek z listy legalnie zabijanych zwierząt – szczegóły nawww.kaczki.info.pl, włączajcie się, zaangażujcie młodych z gimnazjów i liceów, niech to sami załatwią, dadzą radę! Myśliwi nie dokarmiają kaczek, kaczki nie robią żadnych szkód, nie jest potrzebna „regulacja pogłowia” – jakoś nie boimy się, że nas krzyżówki, głowienki, czernice i cyraneczki zadepczą. Żaden z myśliwskich argumentów racjonalizujących zabijanie nawet odrobinę nie dotyczy kuropatw, gołębi, jarząbków, gęsi, słonek czy kaczek. A zabija się ich około 140 000 rocznie! Ludzie, którzy mieli w sobie jakąś wstępną niezgodę na zabijanie leśnych, polnych i powietrznych istot o pięknych brązowych oczach, otrzymują coraz więcej wiedzy o myśliwskich prawdach.
Zostały poważnie podważone, i to przez samych naukowców zajmujących się łowiectwem, koronne argumenty myśliwskie o konieczności dokarmiania, szkodach łowieckich i o jakiejkolwiek sensowności selekcji samców jeleni, danieli i saren. Myśliwy wydaje się być postacią coraz bardziej anachroniczną, wsteczną, reprezentuje nurt, z którym ludzie muszą się rozstać – nurt twardej, jednostronnej eksploatacji przyrody i wszelkiego istnienia na Ziemi. Gdy leci się samolotem nad Europą i widzi pozostałości, skrawki zielonych lasów, gęsto poprzedzielane grupami budynków, miast, miasteczek, sieciami dróg różnej wielkości, rzekami z wybetonowanymi brzegami, to wydaje się wręcz cudem, że zwierzęta żyją jeszcze z nami – ludźmi, i że mamy od czasu do czasu możliwość zobaczenia sarny, dzika czy jelenia. A gdy to się zdarzy, zapamiętujemy takie spotkanie na długie lata, czasami na całe życie. Przypomnijmy sobie, jak się czujemy po bliskim spotkaniu z wolnym zwierzęciem w lesie czy na polu. To jest zawsze ekscytujące spotkanie, ożywia i ogrzewa, czujemy się obdarowani. Myśliwi mają podobnie – czują się obdarowani możliwością ekscytującego zabicia, potem mówią ze szczerym uśmiechem na twarzy i zadowoleniem, że „święty Hubert darzył”, czyli gdzieś tam z nieba dał myśliwemu możliwość zabicia celnym strzałem w serce i przeżycia „łowieckiej przygody”.
Ale to tylko w myśliwskich umysłach dokonuje się i kreuje jakość tej „przygody”, cała emocjonalna operacja wartościująca, nadająca obraz, znaczenie i sens. Bo w realiach jest, jak jest – stalowy, precyzyjny karabin i miękkie ciało zwierzęcia. Gdyby zobaczyć prozę tego spotkania, nie byłoby czym się ekscytować. Lecz to realistyczne spojrzenie nie wchodzi w rachubę, ponieważ, jak lapidarnie ujął to hinduski mędrzec Nisargadatta, Jedynym szczęściem, jakie ludzie są w stanie sobie wyobrazić, jest powtarzanie przyjemności.
Rośnie opór społeczny wokół łowiectwa, ludzie zaczynają zauważać, że sami zgodzili się na ustanowienie prawa legalizującego tę makabryczną rozrywkę, że myśliwi mając legitymację społeczną zabijają także w naszym imieniu. Wokół myśliwych zaczyna powstawać coś na kształt wykluczenia społecznego, w wielu środowiskach lepiej nie ujawniać tego zamiłowania.
Warto tu wspomnieć o patronie myśliwych, Hubercie z rodu Merowingów, którego spotkało coś niezwykłego: zobaczył i przestał zabijać. Z historii życia tego świętego wynika, że przyjął postawę wręcz przeciwną, postawę ochraniania wszelkiego istnienia, podobnie jak później św. Franciszek. Za pełnym mocy przekazem Huberta podążyła grupa ludzi, która skupiła się wokół niego w klasztorze w Liege. To zaskakujący pure nonsens, że we współczesnym chrześcijaństwie został on patronem polowania, czyli zabijania. Wszyscy myśliwi mają ten sam potencjał, co ich patron, wszak wszyscy są ludźmi takimi samymi, jak on. Kto wie, ilu z nich zobaczy kiedyś błąd, w którym żyje i pójdzie drogą św. Huberta, ich niezwykłego patrona? Przeczuwam, że ten surrealistyczny stan sam w sobie ma jakiś wznoszący potencjał.
Myśliwi a ochrona przyrody
W Krośnie do obrony rzeki przed niszczącą ją regulacją mocno włączyli się wędkarze. Ktoś zastanawiał się głośno nad tym, czy są przypadki, że myśliwi włączają się w sensowne działania dla ochrony przyrody? Nie słyszałem o jakichś spektakularnych myśliwskich akcjach, jak ta wędkarzy w Krośnie.
Ale myśliwym bardzo zależy na tym, by mieli gdzie polować. W ich interesie jest, by rosły lasy, by na polach było dużo zajęcy, kuropatw, bażantów… Ogromna większość leśników jest myśliwymi, także wielu polityków i ludzi różnego szczebla zarządzania. Obecnie co piąty poseł lub senator jest myśliwym! Przypuszczam, że każdy z myśliwych, gdy coś zagrażającego łowiectwu trafi na jego biurko, stara się to zagrożenie usunąć w miarę możliwości, poziomu swojej wiedzy i preferencji życiowych. Tu najważniejsze są myśliwskie intencje, a one są jednorodne i czytelne. To niewidzialna, ale stalowa siatka solidarności myśliwskiej. Ma kluczowe znaczenie dla utrzymania stref wpływów i niczym niezagrożonej możliwości zabijania zwierząt – czyli tego, co jest najbliższą koszulą na ciele myśliwego. Z drugiej strony można spekulować, że gdyby coś pojawiło się przeciwko przyrodzie, czyli mogłoby zniszczyć siedliska zwierząt, czy właśnie to samo niewidzialne, stalowe lobby będzie próbowało zastopować zagrożenie? Ale to są chyba raczej pobożne życzenia. Wystarczy przypomnieć sobie Rospudę, ówczesnego ministra środowiska – myśliwego, i te opary alkoholu…
Spotkałem się ze zdaniem, że Puszcza Białowieska zachowana jest jako tako w stanie pierwotnym z tego powodu, że polowali w niej królowie i inni prominentni. Lecz gdy zaczęła się koszmarna eksploatacja Puszczy w 1920 roku, chyba nikt z myśliwych nie protestował, historia nie wspomina o takich faktach, pieniądze z eksploatacji okazały się ważniejsze. Zresztą, może ten kawałeczek Puszczy, który ocalał z pogromu, zawdzięcza to wodzie a nie królewskim myśliwym? W tym roku w grądy i olsy nie można wejść z powodu wszechobecnej wody. A przekazy mówią, że tak było od wieków. Jak tu ciąć w błocie? I po co? Łatwiej dostępnych lasów jest pod dostatkiem. Zresztą sytuacja się zmieniła, dostępne są inne narzędzia, przed współczesnym Leśnym Kombajnem Terenowym (w skrócie LKT) i piłą spalinową – nie ma obrony. Lasy gospodarcze w Polsce mają się nieźle, ale gdy pojawia się sprawa Puszczy Białowieskiej i objęcia jej prawami parku narodowego, to napotyka opór, na postawę w ALP „bronimy jak Stalingradu” – to cytat! Ten nieduży kawałek lasu jest bez ekonomicznego sensu wyrzynany i zamieniany na las gospodarczy, nadleśnictwa puszczańskie przynoszą rok w rok straty, ale za to można w Puszczy polować!Gdyby powstał park – już nie. Być może to jest najważniejszy problem! Można się tylko domyślać, przypuszczać, bo to pogmatwana i niejawna materia wpływów lokalnych i europejskich, interesów, przypadków, mało czytelna dla wszystkich, także w pewnym stopniu dla samych myśliwych i dla ich oponentów.
Myślistwo to wielopoziomowe zjawisko, ma swój aspekt społeczny, socjologiczny, kulturowy, duchowy, religijny, psychologiczny, ekologiczny, prawny i ekonomiczny. To nie jest proste dokarmianie – zabijanie, to coś znacznie więcej.
Polaryzacja zwolenników i przeciwników myślistwa nie daje szans na zmianę postaw po obu stronach. W takim samym stopniu jak ideowi przeciwnicy polowań nie dadzą się przekonać i nie wezmą z ochotą dubeltówek do ręki, by zrobić krwawe pif-paf, myśliwi nie przejdą na pozycje przeciwników zabijania dla rozrywki. Przytoczę fragment wstępu wielkiego erudyty w sprawach relacji ludzie – zwierzęta, prof. Dariusza Czaji do eseju „Przefarbowany świat. Mitologie polowania”, który ukazał się w poświęconych zwierzętom „Kontekstach” nr 4 z 2009 roku:
W opinii entuzjastów i praktyków, wciąż otacza je aura romantycznej przygody, a pośród najbliższych asocjacji związanych z hasłem myślistwo odnajdziemy z pewnością: poczucie zażyłości z naturą i ducha szlachetnego współzawodnictwa. W oczach myśliwych, sztuka łowiecka, to nie tylko wzbogacające i pożyteczne hobby, ale też potrzebna i wielce skuteczna forma ochrony przyrody. Wybitny strzelec (to jednak wciąż w przeważającym stopniu męskie zajęcie) mający na koncie tysiące upolowanych zwierząt i posiadacz najwspanialszych myśliwskich trofeów wciąż jest obiektem podziwu i zazdrości pośród myśliwskiej braci. W oczach pasjonatów myślistwo, to elegancka sezonowa gra, w której prym wiodą dwie wartości naczelne: sportowe współzawodnictwo i ochrona przyrody.
Z kolei, jak łatwo się domyślić, przeciwnicy polowań mają niewiele zrozumienia dla intencji myśliwych, nie mówiąc o akceptacji samego zjawiska. W ich opinii, polowanie to po prostu mordowanie nikomu nie zagrażającej, niewinnej leśnej zwierzyny. To, kamuflowana wzniosłą czasem retoryką i rozbudowanym rytuałem, prostacka rozrywka ludzkich samców. Jeszcze inaczej: to szczególnie wyrafinowana, bo praktykowana przez cywilizowanych ludzi, forma zadawania cierpień żywym stworzeniom; pretensjonalne hobby służące zaspokojeniu dość prymitywnych żądz.
Jak więc widać, rozkład racji jest w tym konflikcie wyraźnie biegunowy, bez żadnych form pośrednich. Obydwie frakcje stoją zdecydowanie po dwóch stronach barykady i strzelają do siebie z zadawnionych i powtarzanych ad nauseam argumentów. Zdaje się, że w tak zarysowanym sporze porozumienie nie jest możliwe. Każda ze stron musiałaby bowiem zaakceptować przesądzenia wyjściowe strony przeciwnej, a na to właśnie nie ma zgody po obydwu stronach tej beznadziejnej – jak się zdaje – dysputy.
Droga daleka
Od czasu do czasu na jakimś forum internetowym obserwować można spierające się obie strony. Nawet jeżeli zachowują pozory i bez inwektyw wyjaśniają swoje racje, łatwo można wyczuć pod spodem wartki nurt emocji, które ujawnione, powodują natychmiast pełen urazy atak.
Drogą do ograniczenia zjawiska polowania we współczesnym świecie jest rosnąca świadomość społeczeństw, która powoduje postępujący ostracyzm w stosunku do myśliwych. Jeżeli zabijanie zwierząt dla rozrywki stanie się wstydliwą przypadłością – współczesne myślistwo również zacznie się kurczyć. I w tym kierunku trzeba działać, edukować ludzi, pokazywać, czym to naprawdę jest. Zmienić prawo. Otworzyć przestrzeń na stanowczą niezgodę. Trzeba spowodować, by prezydent-myśliwy był symbolem zacofania i wstydu. Nie wiem, czy w Polsce są politycy, którzy mogą dołączyć do elity europejskich, prośrodowiskowych polityków, takich, którzy zaczynają nadawać ton w Unii Europejskiej. To nie jest aż takie ważne. Ważna jest nasza osobista, wewnętrzna niezgoda na zabijanie dla hobby, rozrywki. Czas zacząć tworzyć sposób współistnienia z życiem na Ziemi bez tak wielkiego natężenia krwawej przemocy ze strony nas, ludzi.
Droga daleka, w Europie jest 7 milionów myśliwych.
Czy mamy inne wyjście, niż wyruszyć w nią dokładnie z tego miejsca, w którym właśnie jesteśmy?
ZENON KRUCZYŃSKI
Autor książki „Farba znaczy krew”
Artykuł ukazał się w październikowym numerze miesięcznika Dzikie Życie:
DZIKIE ŻYCIE

 

Skąd się biorą w lesie ranne zwierzęta

SKĄD W LESIE BIORĄ SIĘ RANNE ZWIERZĘTA?
„Swego czasu na łamach „Dzikiego Życia” (11/2008) zagościł artykuł dotyczący strzelania do zwierząt na granicy BPN (m.in. wspomnianej na wstępie łani). Jego autorzy, Grzegorz Bożek i Adam Bohdan, wytykali polującym, że strzelają do zwierząt tuż przy paśnikach i dobijają je częstokroć na terenie BPN. W tekście tym pada jednak znamienne zdanie: „I tak jak w przypadku opisywanej łani, turystom zostawia się parę kilogramów jelit i kilka litrów krwi, która wsiąkła w ziemię.” Nie jest to jednak prawdą, bowiem mocą decyzji administracyjnej pozostawia się raczej cierpiące i zdychające zwierzę. Zgodnie z prawem”.

ETYKA MYŚLIWSKA
Powyższy cytat pochodzi z pisma łowieckiego „Brać Łowiecka” 12/2011, które w tekście pod tytułem „Administracyjna śmierć” opisuje próby czynione przez nadleśnictwa Białowieża i Browsk, aby uzyskać zezwolenie na poszukiwanie i dobijanie w rezerwatach Puszczy Białowieskiej zwierząt, które zostały postrzelone w ich okolicach. Autor przywołuje przy tym z ustawy o ochronie zwierząt numery artykułów 5 i 6.1, które mają jego zdaniem, a także zdaniem wnioskodawców, być podstawą do udzielenia takiego zezwolenia. Oto te przepisy w pełnym brzmieniu.
art.5. Każde zwierzę wymaga humanitarnego traktowania.
art.6.1. Nieuzasadnione lub niehumanitarne zabijanie zwierząt oraz znęcanie się nad nimi jest zabronione.
Wnioskujący nadleśniczowie jak i autor artykułu cytują te przepisy w dobrej wierze i w zgodzie ze swoim sumieniem, zresztą, dlaczegóż miałoby być inaczej? Domyślać się można, że mają wizję jak powinno wyglądać humanitarne traktowanie zwierząt, a także mają potrzebę aby postępować w zgodzie z tą wizją, podtrzymywaną przez zbiór zasad nazwanych „Etyką myśliwską”, która ujmuje to tak:
20. Myśliwy dba o etyczny stosunek do zwierzyny. Poszukiwanie rannej zwierzyny myśliwy uważa za swój moralny obowiązek, a odnalezioną sztukę dostrzeliwuje w sposób humanitarny.
Etyka to dział filozofii zajmujący się badaniem moralności. Moralności, czyli poczucia tego, co jest „złe” a co „dobre”. Formułujący przepisy myśliwskiego kodeksu etycznego nie określają swojego moralnego stosunku do samego zdarzenia określanego słowem: „zabić”. Milcząco przyjęli, że fakt zabicia nie jest moralnie obarczony stygmatem „złe – dobre”, przyjęli, że zabicie zwierzęcia jest moralnie neutralne. W cytowanym fragmencie „Etyki” myśliwi zajmują się zwierzęciem dopiero wtedy, gdy zostaje przez nich zranione, i określają, że etyczne, tu rozumiane jako „moralne”, czyli dobre, jest „dostrzelenie sztuki w sposób humanitarny” i „poszukiwanie rannej zwierzyny”. W Polsce jest około 100 tysięcy myśliwych oraz pewna liczba ludzi która podziela ich optykę humanitaryzmu wyłożoną na łamach „Etyki myśliwskiej”.
HUMANITARYZM CZYLI WSPÓŁCZUJĄCE SERCE
Sądząc po sile społecznego oddźwięku na pojawiające się czasami spektakularnie okrutne znęcanie się nad jakimś zwierzęciem, pozostała ogromna liczba ponad 30 milionów ludzi skłania się do prostego rozumienia tego, czym jest niehumanitarne zadawanie cierpienia zwierzętom. Każdy kto ma oczy otwarte widzi przecież, że celowe zadanie rany jest sprawieniem skrajnego cierpienia, przed którym każde istnienie broni się z wielkim lękiem. Po przekroczeniu „granicy skóry” są porwane wnętrzności, połamane kości, krwotok i kalectwo, a w przypadku kuli myśliwskiej – zwykle śmierć. Jeżeli dzieje się tak ze zwierzęciem w wyniku wypadku, na przykład drogowego, ludzie próbuję takie zwierzę ocalić – dzwonią po pogotowie fundacji „Albatros”, zwierzę trafia do Ośrodka Rehabilitacji Zwierząt Dzikich (jest ich w Polsce 53), jeżeli są szanse, zwierzak jest leczony i przywracany do naturalnego środowiska. Jeżeli pozostaje kaleki – ma w Ośrodkach dożywocie. Właśnie tak wygląda zdaniem ogromnej większości ludzi postępowanie do którego impuls idzie z „humanitaryzmu”, czyli mówiąc po ludzku – z głosu serca związanego z potrzebą opieki nad cierpiącymi istnieniami. Decydujemy się na to mając świadomość, że, w pewnym sensie, nie jesteśmy w stanie ostatecznie ocalić jakiegoś jarząbka czy łani, bo ich istnienie, tak jak i nasze, ludzkie, w końcu nieuchronnie czeka wielka tajemnica śmierci. Tak samo, jak stało się to z niezliczonymi miliardami wszystkich poprzednich istnień w trwaniu życia na Ziemi. Patrząc z tej perspektywy, nie sposób ocalić jakiegokolwiek zwierzęcia, ptaka czy też człowieka. Lecz ratując je, lecząc i pozwalając na przykład kalekim dzikim ptakom dożywać naturalnego końca w Ośrodkach – ocalamy naszą, płynącą z człowieczego serca zdolność do ocalania, opiekowania się. Ta wartość pozostaje, i tylko ona przenosi się poza nasze indywidualne życie. Niektórzy tę wartość nazywają „humanitaryzmem”. Bliższy jest mi synonim: „współczujące serce”.
MYŚLIWY WIDZI TYLKO TO, CO CHCE WIDZIEĆ
Myśliwy który zranił dzika w brzuch, nie dzwoni z komórki po pogotowie „Albatrosa” opisując: „ten dzik ciągnie za sobą jelita po trawie, przyjeżdżajcie pilnie!” Tenże myśliwy, postępując zgodnie z etyką myśliwską, powinien dotrzeć możliwie szybko do dzika, najczęściej gryzionego w tym czasie przez psy i z najbliższej odległości strzela w jego głowę celując lufą tuż za ucho, czyli „dostrzeliwuje sztukę w sposób humanitarny”.
Ranne zwierzęta nazywane są przez myśliwych „postrzałkami”. Słowo to dotyczy zwierząt większych, trafionych kulą, która rozszarpała ich ciało w takim miejscu, że nie spowodowało to ich nagłej śmierci. Zranione śrutem ptaki myśliwi nazywają „ptakami zbarczonymi”. U dużych zwierząt raną może być odstrzelona na przykład noga przednia lub tylna, przestrzelona wątroba, jelita, żuchwa z językiem, strzał w nerki, w pośladki, dół klatki piersiowej – może to być dosłownie każda część ciała zwierzęcia. Ranienie zwierzęcia przez myśliwego jest pospolitym zjawiskiem, tak częstym, że stanowi oddzielny przedmiot szkolenia na kursach dla przyszłych myśliwych. Zapoznają się na nim z reakcją zwierzęcia trafionego kulą – zwierzę zachowuje się inaczej po trafieniu w serce, inaczej gdy kula złamie mu tylną nogę, przeszyje wątrobę albo nerki itd. Zacytujemy fragmenty tekstu z „Łowca Polskiego” 2/2007, a cytaty te posłużą tutaj do tego, by myśliwi sami opowiedzieli o rannych zwierzętach w taki sposób, jak naturalnie rozmawiają o tych sprawach między sobą.
Po prawdziwej farbie
Memoriał św. pamięci księdza Benedykta
Gierszewskiego był pierwszym
w Polsce konkursem posokowców
na tropach naturalnego postrzałka,
organizowanym na tak wielką skalę.
W pierwszych dniach listopada w rejonie Kluczborka, przeprowadzono ocenę pracy posokowców w naturalnych warunkach. Psy dochodziły zwierzynę postrzeloną podczas polowań organizowanych wtedy na terenie OHZ Kluczbork i w okolicznych obwodach łowieckich. Znaczna liczba polujących w tym czasie myśliwych z kraju i z zagranicy dawała
prawdopodobieństwo dużej liczby naturalnych postrzałków.
(…) W ciągu dwóch dni pracy posokowce odnalazły 11 jeleni i dzików. Liczba postrzałków nie najlepiej, niestety, świadczy o umiejętnościach myśliwych. Wiele do życzenia, szczególnie
u myśliwych zagranicznych, pozostawia etyka oddawania strzałów. O klasie startujących psów świadczą postrzałki odnajdywane po kilku kilometrach.

(…) W pierwszym dniu pies został podłożony w miejscu, gdzie myśliwy strzelał do dzika. Na miejscu zestrzału znaleziono farbę. Po przejściu 500 m napotkano inną ekipę z psem nr 4, który pracował na tym samym tropie, bowiem – jak się okazało – dzik był postrzelony wcześniej na drugiej flance. (skrzydło myśliwych na polowaniu zbiorowym – aut.) Sędzia nakazał przerwanie pracy. (poszukiwania rannego dzika przerwano – przyp. aut.) Następnego dnia pies podjął pracę na tropie strzelanej 20 godzin wcześniej łani. Według relacji myśliwego, po strzale łania wierzgnęła tylnym badylem. (tylną nogą – aut.) Oględziny zestrzału (to, co leży na trawie, a co kula wyrwała z ciała – aut.) potwierdziły strzał na badyl. Początkowo farba była obfita, później coraz mniejsza, aż w końcu praktycznie niewidoczna. Po 2 km pracy na otoku pies znalazł 1. łoże. Po następnym kilometrze pracy na otoku znaleziono następne trzy łoża (miejsce w którym ranne zwierzę położyło się – aut.). Wreszcie pies zgłosił, że ma łanię „na gorąco”. Na polecenie sędziego został zwolniony z otoku. Po dojściu do młodnika wrócił do przewodnika i oznajmił, że znalazł zwierza. Na polecenie przewodnika wszedł do młodnika i podniósł łanię, która zaczęła uchodzić. Pies poszedł w głośny gon i w odległości ok. 700 m, na granicy słyszalności
szczekania, stanowił łanię, oszczekując ją do momentu, kiedy doszedł przewodnik i oddał strzał łaski.

(…) Miał do odnalezienia dzika, który 4 godziny wcześniej był postrzelony na miękkie ( w brzuch –aut.). Przewodnik na zestrzale nie znalazł farby, tylko ścinkę (włosie –aut.). 15 m dalej w głębi młodnika znalazł fragment czystego mięsa. Wszystko wskazywało na postrzał w szynkę. Pies został podłożony na zestrzał i podjął pracę na otoku. Krople farby potwierdzały poprawną pracę psa. Po 400 m pies zgłosił dzika i został puszczony w gon. Po ok. 150 m osaczył dzika. Przewodnik doszedł i dostrzelił dzika ważącego ponad 60 kg. Okazało się, że dzik przyjął kulę na miękkie, a wyszła ona przez szynkę.

SKĄD BIORĄ SIĘ W LESIE RANNE ZWIERZĘTA?

Zajmijmy się najpierw faktem: „W ciągu dwóch dni pracy posokowce odnalazły 11 jeleni i dzików.” Tyle rannych zwierząt odnaleziono. Sprawozdawca nie pisze, ile poranionych zwierząt nie odnaleziono – a z całą pewnością tak się zdarzyło. I to pomimo tego, że było tam zgrupowanie psów wyjątkowo wyspecjalizowanych w poszukiwaniu rannych zwierząt. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ odnalezienie zwierzęcia ranionego w mniej newralgiczne części ciała jest niesłychanie trudne! Ranny jeleń czy też dzik, sarna, muflon albo daniel zrobi wszystko!, by uratować życie przed prześladowcami. Ścigający ludzie z bronią i psami gdy zorientują się, że jest to pościg za lżej rannym zwierzęciem, ważą szanse, z doświadczenia wiedzą, że są niewielkie i… rezygnują. Często po prostu brakuje czasu, zimowy czy jesienny dzień jest krótki, „koledzy polują dalej a ja biegam za niepewnym dzikiem”, tak wysoko wyszkolone psy jak z powyższych cytatów rzadko pojawiają się w myśliwskiej szarej codzienności – a bez psa nie da się skutecznie tropić. Poza tym, polowanie to okazjonalne hobby, jest się na nim dzień – dwa, trzeba wracać do obowiązków, i las, z tym wszystkim co się tam narobiło – zostawić. Pomaga myśl o rannym zwierzaku: „wyliże się”. Ale nie wyliże się! Nawet lekka rana spowoduje śmierć. Myśliwski pocisk jest tak skonstruowany, by „rozkwitać” i powodować możliwie rozległe obrażenia kawałkami ołowiu i falą uderzeniową. Do niesłychanie wręcz rzadkich przypadków należy, gdy na skórze ściągniętej z zastrzelonego ciała zwierzęcia, odnajduje się zagojoną bliznę po lekkim postrzale – czyli, z myśliwska nazywając, po tak zwanej „obcierce”. Osoby, które na skutek wypadku na polowaniu zostały postrzelone kulą lub śrutem, dobrze wiedzą, jak wielkimi środkami medycznymi i jak długą rekonwalescencją okupione jest względne wyzdrowienie. Bo całkowite, po postrzale myśliwską kulą – prawie nigdy. Dlatego też, gdy kula pokonała „granicę skóry” – śmierć zwierzęcia jest bliska.

MĘCZEŃSTWO

Dobijane są tylko te ciężko ranne zwierzęta, które razem z masywnym upływem krwi tracą siły i muszą się położyć. „Po 2 km pracy na otoku pies znalazł 1. łoże.” Postrzelona w tylną nogę łania miała siły na przejście dwóch kilometrów i zaległa w lesie. Przystanek pierwszy. Leżała 20 godzin. Nie wiemy, czy prowadziła cielaka. Jeżeli tak – był gdzieś w lesie w niedalekiej odległości.
Przez ten czas na skutek rany upływała z niej krew i rozwijało się zapalenie w całym ciele. Jest śmiertelnie chora. Leży już prawie dobę, jej życie razem z szybkim postępem choroby – gaśnie. Prawdopodobnie leżałaby dalej, jak to na łożu śmierci – do ostatniego oddechu. Lecz nagle, z oddali, wyłaniają się śmiercionośne dźwięki – słyszy znowu ludzi i psa. Wyrzut hormonów stresu zmusza ją do dźwignięcia się na nogi pierwszy raz i daje siły, by oddalić się o kilometr. Zalega. „(…)Po następnym kilometrze pracy na otoku znaleziono następne trzy łoża.” Głosy są coraz bliżej, podnosi się drugi raz, idzie przez chwilę, kładzie się…, głosy są wyraźniejsze, wstaje trzeci raz, jeszcze kawałek idzie, znowu się kładzie, może bardziej pada, leży chwilę…, podniecone głosy psa i ludzi są tuż tuż… „(…)Na polecenie przewodnika wszedł do młodnika i podniósł łanię, która zaczęła uchodzić.” Dźwiga się czwarty raz, dopada do niej pies, może gryzie we wlokącą się bezwładnie strzaskaną nogę, wyrzut adrenaliny pozwala jej jeszcze na trucht na trzech nogach przez całe 700 metrów i… dalej się nie da. „(…)Pies poszedł w głośny gon i w odległości ok. 700 m, na granicy słyszalności szczekania, stanowił łanię,” Dała z siebie wszystko, by się uratować. Stoi, odwraca się przodem do ujadającego psa. „(…) oszczekując ją do momentu, kiedy doszedł przewodnik i oddał strzał łaski.” Pojawia się sylwetka człowieka w zamglonych już oczach… targnięcie w klatce piersiowej razem z trzaskiem strzału jak przez mgłę…
Teraz jeszcze ciepłe ciało łani musi zostać rozcięte myśliwskim nożem, a dłonie myśliwego opróżnią je z serca, płuc, wątroby, nerek, żołądka i jelit i trzeba wylać resztę krwi. Pusty kadłub ciała zamęczonej łani odstawia się do skupu.

DOBIJANIE W REZERWATACH

Myśliwi nigdy nie biorą dobijanych zwierząt na użytek własny. Przede wszystkim dlatego, że jest to ciało chore, może z początkiem posocznicy, w ogólnym stanie zapalnym i przesiąknięte wręcz hormonami śmierci. Po drugie dlatego, że gulasz z tego zwierzęcia przypominałby budzące grozę cierpienie, którego jest się sprawcą. Któż chciałby mieć na talerzu mięso z chorego ciała, na którym zęby zaciskają się z bólem z powodu wyrzutów sumienia? Żaden z myśliwych nie chce ranić, ganiać po krzakach, dobijać. Myśliwy chce zabić „czysto”. Lecz gdy zadaje się śmierć, zdarzy się to okropne wszystko, czego każdy myśliwy chciałby uniknąć. Tak jest. Zabijanie jest „brzydkie”, nawet to „czyste i bezbolesne(?)”, zawsze jest pełno krwi, płyny fizjologiczne, przedśmiertne wierzganie, serce, zawartość żołądka i jelit.
Świadomość tego, że gdzieś w lesie leży i umiera ranione przez niego zwierzę, jest dla sprawcy bardzo trudna. Łagodzi ją to, że w jego umyśle pojawia się pogardliwe słowo „zdycha”. Nikt nie chce, myśliwi również, sprawiać cierpienia – naprawdę tak jest, choć może to brzmieć paradoksalnie. Lecz postrzałowe, straszliwe rany, realnie pojawiły się i to za myśliwego przyczyną. Poważny psychiczny dyskomfort myśliwego zmniejsza się nieco w chwili, gdy ofiarę trafia ostatnia, śmiertelna już kula. Mam poczucie, że właśnie o ten nieznośny, osobisty dyskomfort głównie chodzi. Nakazane przez „Etykę myśliwską” dobijanie rannych zwierząt w imię „humanitaryzmu” nie zmniejsza cierpienia poranionej kulą istoty. Wręcz przeciwnie – zwiększa je niebotycznie! Gdyby ranna w nogę łania mogła pozostać w pierwszym „łożu”, jej życie zgasłoby we względnym spokoju, w jej domu, w lesie, bez szarpania przez psy i dobijania. Jeśli rzecz działaby się w Puszczy Białowieskiej, może pojawiłyby się wilki. Wtedy jej cierpienie skończyłoby się szybko. Wilki są również od tego. Domaganie się możliwości „dobijania postrzałków” w rezerwatach, jest domaganiem się prawa do polowania na terenach, na których z mocy ustawy polować nie wolno. Zgodnie z przepisem § 40 i § 5 ust. 1 pkt 2 Rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 23 marca 2005 r. w sprawie szczegółowych warunków wykonywania polowania i znakowania tusz (Dz. U. Nr 61, poz. 548 z 2005 r.), wydanego na podstawie przepisów ustawy z dnia 13 października 1995 r. – Prawo łowieckie (tekst jednolity Dz. U. Nr 127, poz. 1066 z 2005 r. z późn. zm.) uprawnienie i obowiązek dochodzenia i dostrzelenia postrzałka może być realizowany wyłącznie na terenie obwodu łowieckiego (wyjątkowo obwodu łowieckiego innego, niż ten, którego dotyczy upoważnienie myśliwego), jednak nie terenu objętego zakazem prowadzenia polowań, jakim jest park narodowy, czy rezerwat w którym zakaz taki wprowadzono. Nawet jeżeli są to 23 metry od granicy w BPN – jest to na terenie, na którym polowanie jest zabronione.
To 23 metry za cudzą furtką!
Dochodzenie poranionych kulami zwierząt jest ostrym polowaniem – z psami, pomocnikami, czasami z bezładną strzelaniną. Jest nieprzewidywalne. Może ciągnąć się kilometrami. Gdy uda się w końcu zastrzelić kolejnymi strzałami ofiarę, należy ją w tymże rezerwacie wypatroszyć, po ciało trzeba podjechać samochodem, załadować je na pakę, zebrać psy, ludzi i odjechać.
Pamiętajmy o fakcie, że jakaś nieznana liczba rannych zwierząt nie jest nigdy odnajdywana i ich ciała zostają w lesie. Spotykane dosyć pospolicie w czasie grzybobrania kości pochodzą głównie od tych zwierząt. Wielka ilość istot przeżyje dzięki nim zimę. W lesie nic się nie marnuje, każde nieżywe zwierzę jest pożywieniem dla innych istot, maleńkich, małych i dużych. Badania naukowe
dr Nurii Selva o roli martwych zwierząt w ekosystemie pokazują to w sposób nie podlegający dyskusji. Zostawiając poranione zwierzęta w ich domu, w lesie, i pozwalając im na spokojną śmierć, czujemy ich cierpienie swoim współczującym sercem, zwanym „humanitaryzmem”. Pojawiają się wyrzuty sumienia u sprawcy, ból emocjonalny u reszty – to trudne dla wszystkich.
Dlaczego zatem powiększane jest cierpienie rannych zwierząt do rozmiarów grozy, poprzez ściganie z psami i strzelaninę?
Zwolenników opcji dobijania zapraszam do wyobrażenia sobie, że ranni w brzuch, uciekając przed prześladowcami z psami tropiącymi, w końcu patrzą prosto w czarny wylot lufy, która posyła im między oczy, jak to myśliwy określił, „strzał łaski”. Czy wybraliby dla siebie taki koniec? Nietrudno „wskoczyć w te buty”, twórcy filmowi bardzo to ułatwili.

OPIEKUN MYŚLIWYCH

Patronem myśliwych jest święty, który spotkał w lesie jelenia.
Kto wie, jak to naprawdę było z jeleniem z rogami, którego spotkał w lesie Hubert z królewskiego rodu Merowingów? Można domyślać się, że skoro doszedł do jelenia aż tak blisko, chodziło o ranne zwierzę, które odnalazły i przytrzymały jego myśliwskie psy. Zapewne był to jeleń ciężko ranny, trafiony z łuku czy kuszy przez samego Huberta. Myśliwy ten miał wtedy około czterdziestu lat, przekaz mówi, że ostro polował całe życie, zabił wiele istnień. Był bardzo doświadczony, wiedział, jak dobijać. Nie puścił kolejnej strzały, bo psy szarpiące broniącego się byka były tuż przy nim. Śmiertelny taniec wierzgającego i broniącego się resztką sił zwierzęcia, jego oczy, może jedno już wyłupione, piękna, teraz skrwawiona głowa z resztkami jakichś kolczastych pędów, chrapanie krtani zduszonej przez największego psa… W odpowiednim momencie Hubert doskoczył, uniósł włócznię i wbił w serce. Czuł na drzewcu zamierające życie jelenia, do ostatniego jego poruszenia, do ostatniego oddechu… Odwołał psy. Patrzył na ciało, teraz nieruchome, poszarpane, z przebitym włócznią sercem… i musiał TO poczuć właśnie wtedy. Zobaczył z całą jaskrawością, co tu naprawdę się wydarzyło. Jego życie zmieniło się całkowicie – przestał zabijać. Mam przeczucie, nawet pewność, że w naturalny sposób przestał jeść ciała zwierząt. W 727 roku umierał w wieku 72 lat jako biskup na klasztorze w Liege – w tamtych pradawnych czasach być biskupem znaczyło chyba co innego niż znaczy to współcześnie. Dookoła jego osoby i nauczania zebrała się i towarzyszyła mu w życiu grupa mnichów. Przekaz mówi o niezwykłej mowie, którą miał wygłosić na łożu śmierci, niestety, nie znamy jej treści. Hubert po śmierci został uznany za świętego z powodu drugiej części swojego życia.
Współcześnie, święty Hubert jest patronem myśliwych.
Pokazał drogę.

Zenon Kruczyński,
autor książki Farba znaczy krew

Artykuł ukazał się w lutowym wydaniu miesięcznika DZIKIE ŻYCIE
DZIKIE ŻYCIE